Od niepamiętnych czasów walka wiąże się z magią i sekretnymi praktykami mającymi zwiększyć szanse na zwycięstwo. To także sposoby na oswojenie śmierci, a przynajmniej na odsunięcie jej w czasie. Wyruszający do boju chcieli mieć świadomość przewagi nad przeciwnikiem. Stąd poszukiwanie mocy i wsparcia w obszarach na granicy fizycznego aspektu walki, bądź poza jego granicą. Czasem praktyki takie wiązały się nie tylko z wewnętrznym przekonaniem wojownika o własnej doskonałości w boju, ale też z konkretnymi umiejętnościami. Jedną z takich praktyk była sztuka żelaznej dłoni.
1. Potęga żelaznej dłoni, czyli o ziołach i sztuce zabijania
Na Dalekim Wschodzie, gdzie klimat determinował znaczne ograniczenia w użyciu wszelkiego typu zbroi, dużą wagę przywiązywano do walki bez użycia broni. Przy założeniu, że przeciwnik również nie będzie opancerzony, było to dość pragmatyczne podejście. Dzięki głębokiej znajomość wrażliwych punktów na ciele człowieka (co związane było, np. ze stosowaniem akupunktury), bez problemu opracowano systemy walki, oparte na aktywowaniu takich punktów i stref, których pobudzenie nie polepszało zdrowia, a wręcz przeciwnie…
Trudno powiedzieć, kiedy zaczęły się takie praktyki. Zapewne współistniały one z metodami leczenia przy pomocy nakłuwania ciała. W 1963 roku, na terenie Środkowej Mongolii (Toudaowa) w Chinach, znaleziono pochodzące z epoki neolitu, odłamki skalne zwane bian, służące do nakłuwania i uciskania określonych punktów ciała. Także w trakcie wykopalisk w miejscowości Zheng Chow, odkryto w ruinach cesarskiego pałacu jaspisowe igły do akupunktury. To ostatnie znalezisko pochodziło z okresu dynastii Shang (1765–1123 p.n.e.).
Jedna z rycin chińskiej księgi „Wu Bei Zhi” (bardziej znanej pod japońską nazwą „Bubishi”, co w swobodnym przekładzie oznacza „Rozwój ducha walki”), przedstawia sylwetkę człowieka, na której zaznaczono strefy i punkty ataku (ryc. 1). Nawiązuje ona do tzw. „człowieka z brązu”, jednej z dwóch, odlanych w 1027 roku figur naturalnej wielkości, służących do oceniania umiejętności kandydatów na lekarzy. Do pustego wewnątrz posągu nalewano zabarwionej na czerwono wody, a całość oblewano warstwą wosku. Studenci musieli bezbłędnie nakłuć igłą jeden z wywierconych w nim otworów, co powodowało przebicie warstwy wosku i wypłynięcie wody. Oczywiście sylwetka zamieszczona w „Wu Bei Zhi” nie służyła nauce leczenia, a stanowiła rodzaj „mapy wojennej”. Odpowiednio użyte techniki miały zatrzymywać oddech i krążenie krwi, paraliżować, powodować omdlenie i śmierć.
Praktycy, stosujący takie metody w walce, dość szybko zauważyli, że można wzmocnić zadawane ciosy, poprzez specyficzny trening, np. uderzając dłońmi w twarde przedmioty. Aby nie powodowało to uszkodzeń, zmian degeneracyjnych, a także aby likwidować powstałe w trakcie treningu siniaki, stłuczenia i kontuzje, stosowano specjalne preparaty ziołowe. „Wu Bei Zhi” zawiera pobieżny opis i rysunki takich ziół (ryc. 2), jednak jedynie zaawansowany adept ziołolecznictwa, wtajemniczony w praktyki danej szkoły, mógł to potraktować jako konkretną wskazówkę, gdyż zawsze (także w innych dokumentach) opisywano takie zioła w celowo niejasny sposób. Np. XVII-wieczna, japońska księga „Bansenshukai” (tytuł można przetłumaczyć jako „Dziesięć Tysięcy Rzek Wpadających Do Morza”), będąca czymś w rodzaju „encyklopedii” ninjutsu, określa jedno z ziół jako „Oddech Białego Konia”… Adepci sztuki „żelaznej dłoni” (czasem używano nazwy „zatruta dłoń”), odmiennie niż to ma miejsce we współczesnych sztukach walki, nie używali pięści. Techniki były precyzyjne, przeważnie wykorzystywano powierzchnie uderzeniowe o niewielkich rozmiarach (np. czubek palca). Obrazuje to ryc. 3.
2. Odwaga z butelki – czy berserkerzy ćpali?
Innym aspektem użycia ziół w walce, było sporządzanie preparatów podnoszących sprawność bojową wojowników, którzy je stosowali. Wiąże się to z użyciem rozmaitych środków psychoaktywnych, przeważnie roślinnego (choć nie tylko) pochodzenia. Kiedy po raz pierwszy ludzie zorientowali się, że można poprzez takie substancje wpływać na własny umysł? Analiza farb użytych do sporządzenia paleolitycznych malowideł naskalnych we Francji, wykazała, że w ich skład wchodzą substancje halucynogenne. Jaki był cel mieszania takich środków z barwnikami? Wyjaśnia to stosowana wówczas technika malarska. Polegała ona na nabraniu farby w usta i wydmuchnięciu jej na ścianę. Nic dziwnego, że niektóre malowidła przedstawiały zdumiewająco nowoczesne wizje… Jak widać, współcześni artyści, wspomagający się przy pracy rozmaitymi, chemicznymi „dopalaczami”, Ameryki nie odkryli. Pyłki roślin halucynogennych znajdowano też w miejscach, które zamieszkiwał człowiek neandertalski i grobach pochodzących z okresu neolitu.
Nic dziwnego, że wiedza o substancjach narkotycznych była dość powszechna w okresie średniowiecza. Jednym z wielu celów, do jakich je stosowano, było wywoływanie szału bojowego przed bitwą. Wojownicy, którzy zażywali takie środki przed bojem, należeli do elity militarnej Skandynawii. Często łączyło się to z rozmaitymi obrzędami i inicjacjami, jednak sednem pozostawały zawsze narkotyki. Obecnie większość badaczy przypuszcza, że do wywoływania specyficznego szału bojowego z jakiego słynęli berserkerzy (nazywani także ulfhednar – ludzie w wilczych skórach), używano muchomora czerwonego (Amanita muscaria). Być może mieszano wyciąg z tych grzybów z innymi środkami psychoaktywnymi takimi jak muchomor plamisty (Amanita pantherina). Swoich zwolenników ma też teoria, że napój jakim raczyli się berserkerzy przed bitwą, zawierał mieszankę dzikiego rozmarynu (Ledum palustre) i aromatycznego mirtu (Myrica gale). Jakie były skutki używania tych substancji? Szaleńcza odwaga, niewrażliwość na ból, minimalne krwawienie w wypadku odniesienia ran. Berserkerzy budzili powszechną grozę i szacunek, choć część źródeł wspomina, że żyli czasem na marginesie swoich społeczności. Biorąc pod uwagę, że w narkotycznym transie często było im trudno rozróżnić przyjaciół od wrogów, nie budzi to zdziwienia…
3. Tajemne gesty i słowa mocy
Od setek, a może nawet tysięcy lat, uważano, że specyficzne gesty (w sanskrycie zwane mudrami) i odpowiednio dobrane dźwięki (sanskr. mantry) mogą wpływać na rzeczywistość. Mimo, że podobne praktyki dość wcześnie zaczęto stosować w Indiach, na pewno nie były one ograniczone do Dalekiego Wschodu. Ceremonialne gesty występują w kulturze europejskiej od tysięcy lat, przedstawiane są na malowidłach i płaskorzeźbach w obszarze śródziemnomorskim, ich ślady, podobnie jak zapisy magicznych zaklęć spotyka się także badając pozostałości cywilizacji egipskiej i babilońskiej. W Europie znajdowało to swój wyraz w tzw. voces magicae (magicznych formułach), służących do przywoływania demonów i kształtowania rzeczywistości za pomocą siły woli. Szczególnie popularne były one pod koniec starożytności i na początku średniowiecza. Voces to w specyficzny sposób zniekształcone słowa, połączone w pewną sekwencję o wyraźnym rytmie. Często powtarzały się tu pierwsze sylaby zaklęć, aby uzyskać melodyczność całej formuły, gdyż decydującym czynnikiem miał być dźwięk.
Kwestie te badali nie tylko adepci nauk magicznych, ale i naukowcy. Żyjący w latach 1756-1827 Ernst Chladni, opracował metodę odwzorowywania w piasku obrazu stworzonego przez wibrację strun skrzypiec. Swoje odkrycie zademonstrował m.in. w 1808 roku w Paryżu, co spotkało się z uznaniem Francuskiej Akademii Nauk. Instytucja ta była zainteresowana efektami badań na tyle, aby ogłosić konkurs na rozprawę matematyczną wyjaśniającą to zjawisko. W 1968 roku, szwajcarski fizyk Hans Jenny ogłosił drukiem (w czasopiśmie „Science Journal”) artykuł zatytułowany „Wizualizacja dźwięku” i skonstruował fonoskop – urządzenie nadające dźwiękom postać przestrzenną (np. odkrył, że samogłoska „o” wytwarza formę idealnej kuli). Użył on pochodzącego z języka greckiego słowa „kyma” ("κύµα") – „fala”, do utworzenia nazwy „kymatyka”, określającej naukę, zajmującą się wpływem fal dźwiękowych na materię.
Jeśli chodzi o specyficzne gesty i pozycje ciała, to w mistyce europejskiej wykorzystywano je od dawna, a swój renesans praktyki te zawdzięczają magii ceremonialnej spopularyzowanej przez powstały w XIX w. Zakon Złotego Brzasku. Wydaje się, że i w Europie używano gestów i dźwięków do potęgowania swoich możliwości fizycznych i umysłowych, być może także bezpośrednio do walki, jednak trudno rozstrzygnąć tę kwestię na bazie obecnej wiedzy naukowej. Z czasów współczesnych zachowały się jednak zastanawiające wzmianki, np. o tym jak utalentowany artysta brytyjski Austin Osman Spare usiłował za pomocą odpowiednich rytuałów i symboli graficznych osiągnąć siłę tygrysa, w celu podźwignięcia ogromnego ciężaru. Podobno próba zakończyła się sukcesem.
Zastosowanie dźwięków i gestów na Dalekim Wschodzie miało zdecydowanie bardziej pragmatyczny i usystematyzowany charakter. Stosowali je adepci jogi, mistycy, taoiści, członkowie rozmaitych sekt religijnych i rzecz jasna wojownicy. Celem było osiągnięcie mocy paranormalnych, zjednoczenie się z bóstwem czy wreszcie osiągnięcie przewagi w boju. Jedną z grup jakie stosowały mudry i mantry w celach związanych z osiągnięciem zwycięstwa w walce, byli ninja. W Europie termin „ninja” wywołuje niezdrową fascynację opartą na hollywoodzkich filmach, bądź rozbawienie spowodowane tymi samymi dziełkami… Kim byli naprawdę wojownicy cienia? Do dziś dnia, mimo wielu badań historycznych, niewiele o nich wiadomo. Przybyli do Japonii około X-XI wieku i osiedlili się w górzystych regionach kraju. Być może przywędrowali z Chin, gdyż przynieśli ze sobą znajomość mistycznych praktyk chętnie kultywowanych w Chinach za czasów dynastii Tang (618-907 r.). Źródłem niektórych z nich, mógł być również Tybet. Takich właśnie praktyk nauczali tajemniczy mnisi-wojownicy żyjący w górach: yamabushi, sennin i gyoja. Podobne nauki określano w Japonii jako shugenja lub mikkyo (jap. „nauki tajemne”). Potem (ok. XIII w.) pojawiły się pierwsze klany ninja. Ponieważ ich światopogląd różnił się znacznie od obowiązującej wówczas doktryny buddyjskiej czy shinto, byli zwalczani przez japońskich możnowładców, niechętnie nastawionych do „nauk tajemnych”. Z drugiej strony, ci ostatni nie mieli nic przeciwko, aby wykorzystać umiejętności ninja w walce ze swoimi przeciwnikami.
Książka zatytułowana „Banshenshukai” – napisana w 1676 roku przez Yasutake Fujibayashi, przywódcę jednego z klanów ninja – jest zbiorem zapisków na temat sztuki ninjutsu. Księga ta zawiera zarówno konkretne techniki walki, strategie, metody infiltracji szeregów przeciwnika, jak i porusza dość ezoteryczne kwestie. Ninja przechodzili inicjacje pozwalające im „wejść” w świat mocy generowanych przez Buddów i Bodhisattwów przedstawionych na specjalnych obrazach – mandalach. Jeden z takich obrazów – taizokai-mandala reprezentował „królestwo matrycy” i świat materialny. Inny – kongokai-mandala przedstawiał „diamentowe królestwo”, świat wiedzy, ducha i najwyższej prawdy. Ninja, zaplatając palce i wymawiając słowa mocy, starali się wyzwolić specyficzne moce, jakie mieli nabywać podczas treningu z mandalami. Dążyli do osiągnięcia stanu „oczu i umysłu bóstwa”. Istniało wiele kombinacji gestów i dźwięków, które miały doprowadzić do takich efektów. Jedną z nich jest słynna Nin-po mikkyo kuji goshin-ho (tajemna dziewięciosylabowa metoda obrony ninja). Zestaw ten zawiera dziewięć gestów i towarzyszących im mantr. Są wśród nich takie, które mają powodować wyczuwanie niebezpieczeństwa (Gebakuken-In – jap. „znak pięści zewnętrznych krat”), odczytywanie myśli innych ludzi (Naibakuken-In – jap. „znak pięści wewnętrznych krat”), uwalniać od ograniczeń czasu i przestrzeni (Chiken-In, „znak pięści mądrości”) – czy sprawić, że adept stanie się „niewidzialny” dla wzroku innych ludzi (Ongyo-In, „znak ukrytej formy”).
4. Ćwiczenia oddechowe – w poszukiwaniu mocy
Od niepamiętnych czasów uważano, że sposób oddychania znacząco wpływa na organizm człowieka. Wiedzę tą wykorzystywano w różnych celach. Adepci jogi starali się dzięki praktykom oddechowym przedłużyć życie, osiągnąć stan iluminacji i moce paranormalne, choć pewne korzyści jakie wynikać miały z treningu kontroli oddechu, były dość konkretne, żeby nie powiedzieć – przyziemne… Jeden z tekstów traktujących o jodze, upaniszada „Jogatattwa” wspomina, że dzięki powstrzymywaniu oddechu (kewalakumbhace), można osiągnąć wszystko w trzech światach, a adept staje się silny i piękny jak bóg, a kobiety go pożądają. Oczywiście były to tylko korzyści uboczne, mało ważne dla prawdziwego jogina…
Z Indii, które były kolebką takich ćwiczeń, praktyki oddechowe przywędrowały do Chin, gdzie zostały dostosowane do potrzeb i pragnień mieszkańców Państwa Środka. Chińczycy byli przede wszystkim zafascynowani wizją osiągnięcia fizycznej nieśmiertelności i ćwiczone przez nich techniki koncentrowały się wokół tego celu. Dość szybko zauważono, że ćwiczenia oddechowe poprawiają sprawność fizyczną i zastosowano je w treningu sztuk walki, często łącząc z gimnastyką oraz różnymi metodami medytacji i wizualizacji. Opracowano sposoby zwiększania odporności na ciosy, takie jak sztuka „Żelaznej Koszuli”, popularne stały się też metody zwiększania siły, jak choćby znany w środowisku buddyjskich mnichów system Yi Jin Jing (Metoda Przemiany Mięśni i Ścięgien). Ogólnie, praktyki oddechowe nazywano Qigong, gdzie termin Qi oznacza energię, a słowo Gong można przetłumaczyć jako trening lub studia.
Początki ćwiczeń Qigong toną w pomroce dziejów, jednak z przeprowadzonych badań wynika, że zaczęto wykorzystywać je w walce w czasach wcześniejszej dynastii Liang (502–557 n.e.). Każda ze szkół sztuk walki istniejących na Dalekim Wschodzie opracowywała własny, często utrzymywany w tajemnicy system oddychania, który miał zapewniać jej adeptom większą skuteczność w walce. Metod oddychania były setki, jednak łączyła je podstawowa zasada, że oddech powinien być głęboki i regularny. Uważano też, że systematyczne stosowanie technik oddechowych wpływa na psychikę ćwiczących, pomagając im opanowywać negatywne emocje, takie jak strach, niezdecydowanie czy smutek i przygotowuje ich do oczyszczenia umysłu, co uznawano za niezbędne do osiągnięcia poziomu mistrzowskiego.
5. Medytacje – rzecz o nieruchomym umyśle
Przeważnie medytacje wiązały się ze stosowaniem metod zdyscyplinowanego oddychania, stanowiących jakby wstęp do opanowania czynności umysłu. Z takich praktyk szczególnie znane były szkoły buddyjskie, często związane ze sztukami walki. Generalnie, na Dalekim Wschodzie uważano, że nie ma żadnej granicy tego, co można osiągnąć poprzez koncentrację umysłu. Była to metoda przekroczenia kondycji ludzkiej. Liczne traktaty obiecywały adeptom medytacji moce paranormalne i przestrzegały przed uleganiem pokusie ich wykorzystania. Zaawansowani praktycy, mieli wzbudzać strach nawet wśród bogów. Ci ostatni starali się wiec przeszkodzić im w osiągnięciu najwyższych stadiów skupienia, kusząc ich na rozmaite sposoby. Trzecia część hinduskiego traktatu Jogasutra zatytułowana „O wibhuti czyli nadludzkich mocach”, informuje, że adeptom mającym pierwsze osiągnięcia medytacyjne bogowie proponują eliksir nieśmiertelności, niezniszczalne, „diamentowe” ciało, poruszające się w powietrzu pojazdy i piękne kobiety. Oczywiście wszelkie tego typu pokusy, powinny zostać zdecydowanie odrzucone…
Jednak wojownicy uprawiający medytacje, podchodzili do tego rodzaju ćwiczeń dość pragmatycznie. Np. w japońskich szkołach miecza, uważano, że opanowanie umysłu pozwala ripostować w walce całym ciałem i bez lęku przyjąć śmierć. Specjalne techniki zajmowały się konkretnymi kwestiami, takimi jak opanowanie przez adepta odruchu mrużenia oczu na widok zadawanego przez przeciwnika ciosu, czy poszerzeniem pola widzenia. Także szkoły uczące walki nożem, przywiązywały do treningu mentalnego ogromną wagę, gdyż w czasie starcia walczący często odnosił rany, co mogło przyczynić się do jego klęski zarówno na wskutek czysto fizycznych skutków urazu, jak i dekoncentracji, wywołanej bólem. Medytacje miały wyrabiać konieczną w walce determinację, umożliwiać wojownikom trzeźwą, niezmąconą emocjami ocenę sytuacji oraz pozwalać na permanentne utrzymanie czujności. Japończycy uważali, że prawdziwy mistrz powinien w czasie walki utrzymywać stan umysłu zwany Mizu no kokoro („umysł jak woda”) i Tsuki no kokoro („umysł jak księżyc”). Tak, jak gładka tafla wody odbija wiernie całe otoczenie, tak wojownik musi dostrzegać wszystko bez wyjątku, odrzucając wszelkie emocje, które mogłyby przesłonić światło księżyca…
Opisane wyżej praktyki mogą się wydawać w XXI wieku dość dziwne, jednak biorąc pod uwagę panujący obecnie popyt na różnego typu wróżby, horoskopy astrologiczne czy sprzedawane w wielu sklepach amulety, wydaje się, że mimo upływu wieków, natura ludzka nie zmieniła się specjalnie. Zresztą pozytywne efekty technik medytacyjnych czy oddechowych wykorzystywane są do dziś przy terapii pewnych schorzeń, w pewnym zakresie są one też kultywowane w ramach treningu sztuk walki. Może warto więc czasem zastanowić się nad korzeniami takich praktyk?
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum