Naukowcy nam panujacy glosza ze 15 000 milionow lat ma Wszechswiat.
Oczywiscie jesli teoria Wielkiego Wybuchu jest poprawna. Z matematycznego a co za tym idzie logicznego rozumowania jest to bzdura....Bo czas nie jest wymiarem )) I oczywiscie jest wzgledny....
feniks Pomógł: 9 razy Posty: 564 Skąd: Polska poł.
Wysłany: 06-09-18, 20:15
znalazł juz w wikipedii
Cytat:
Obecne pomiary niejednorodności promieniowania tła wskazują, że Wszechświat jest prawdopodobnie płaski i będzie rozprzestrzeniał się w nieskończoność. Pomiary te pozwoliły także na uściślenie oceny wieku Wszechświata na 13,7 mld lat, co pozostaje w zgodzie z dotychczasowymi ocenami: 13-15 mld lat. Wiek Wszechświata określa też jednoznacznie jego rozmiar (promień) do wielkości – promień jest iloczynem wieku i prędkości światła.
Powszechnie dziś przyjętym modelem powstania Wszechświata jest model Wielkiego Wybuchu.
Powszechnie to sie wiele przyjmuje
Z historii widac jak "powszechne prawdy" sie zmieniaja....
WW jest TEORIA i MODELEM. Co raz wiecej naukowcow watpi w WW.
Pomógł: 6 razy Wiek: 30 Posty: 3376 Skąd: z Bajki :)
Wysłany: 06-12-17, 02:18
MarS napisał/a:
No 15.... i jeden rok bo gadali to rok temu:D
Pytanie do Magdaleny, głównego fizyka Psycho-Tropa. Jak to było ze stałą Plancka na początku? Była taka sama? Czym była wtedy matryca (czyli struny)?
Czy po chwili 0, była chwila 1? (bo czas jest skwantowany 1/6*10^44 sekuny jest rozdzielczość).
a i teoria wielkiego wybuchu odeszła w zapomnienie, tzn. nie jest już modna
a jaka jest tera modna?
zastanów sie jak moze sie miec teoria wielkiego wybuchu do bardzo dawnych juz badan,
w niektorych galatykach spotkac mozna skupiskagwiazd rozne datowane (koliste) czy cos takiego - potwornie stara sprawa
jednak przyznaje teoria wielkiego wybuchu fajna jest i efektowna jednak nudna
bo odchodząc od niej wiecej sie mozna dowiedziec, i nic juz nie jest takie proste
Pomógł: 6 razy Wiek: 30 Posty: 3376 Skąd: z Bajki :)
Wysłany: 06-12-20, 19:47
gohan napisał/a:
to znaczy że nie mogę zrobić czegoś szybciej niż w 1/6*10^44?
No To również znaczy, że czym szybciej się poruszasz, tym dalej "skaczesz" po przestrzeni.
gohan napisał/a:
0 i 1 to chyba umowne wartości - czyli chwila 1 była 1/6*10^44 później od chwili 0
No o ile czas wtedy płynął tak samo, w co wątpie.
mw napisał/a:
zastanów sie jak moze sie miec teoria wielkiego wybuchu do bardzo dawnych juz badan, w niektorych galatykach spotkac mozna skupiska gwiazd rozne datowane (koliste) czy cos takiego - potwornie stara sprawa
Masz jakiś link o tym, bo piszesz potwornie mgliście
mw napisał/a:
zastanów sie jak moze sie miec teoria wielkiego wybuchu do bardzo dawnych juz badan, w niektorych galatykach spotkac mozna skupiska gwiazd rozne datowane (koliste) czy cos takiego - potwornie stara sprawa
Masz jakiś link o tym, bo piszesz potwornie mgliście
dodam tylko, ze są to najbardzie standardowe informacjie i jasniej juz nieda sie o tym powiedziec, i nie trzeba byc astrofizykiem i nie mówie o rozszczepianiach atomów, a o tym mgliście moge mówic poniewaz wszyscy o tym wiedzą i dziwi mnie troche to co piszesz ( mgliście)
i jak te informacje , które dają odpowiedz na wszystko - w maare wszystko maja sie do tego ze są różne gwiazdy w różnych galaktykach różnie datowanie -
to chyba nie jest mgliste
wiesz mas powyyzej wyjasnienie teori wielkiego wybuchu
wyjasnia wrawdzie, jednak mnei nie satysfakcjonuje
jasno sie wyrazam mam nadzieje, w sencie "nie mgliście"
Wiecie co!!! Juz po raz ktorys pisalam tu poematy, i jak nacislam wyslij to pokazalo sie ze musze sie zalogowac a pozniej moj madry post poszedl sie jeb....c
Ale teraz sie nie poddam, bo mam troche czasu i bede pisac jeszcze raz
Wiec tak, teoria WW wcale nie jest przesyazala taka, owszem jest goraco dyskutowana ale jak najbardziej aktualna!
W teori strun rowniej jest ona podstawa tak jak i TO.
Porownujac Wielki Wybuch do wybuchu bomby jest mylace. Bomba wybucha w okreslonym czasie i miejscu rozrzucajac swa zawartosc w pobliskiej przestrzeni.
W Wielkim Wybuchu NIE MA pobliskiej przestrzeni, bo to wlasnie przestrzen jest wraz z energia i materia scisnieta do niewyobrazalnie malego punktu. To wlasnie PRZESTRZEN jak fala przyplywu, unosi ze soba materie i energie...az do dzis. Co jest matematycznie udowodnione na podstawie rownan Einsteina, z czym sie sam Einstein pogodzic nie mogl....On chcial stateczny Wszechswiat, ale rownania przerosly go samego. Udowodnione jest to rowniez eksperymentalnie bo rozszerzanie sie kosmosu jako pierwsze Hubble zaobserwowal. Einstain byl zdruzgotany i oglosil swa pomylke o stalej kosmicznej....
Wrazie czego przerwalam pisanie, wyslalam wiadomosc i jako edyt pisze dalej
Igor, Ty moj kochany....Upsss
Specjalnie dla Ciebie napisze cos o stalej Planka...
Pan Plank, byl genialnym matematykiem i fizykiem i jak kazdy geniusz nie potrafil sie pogodzic z liczbani nieskonczonymi jesli chodzi o energie.Plak znalazl taki parametr ktory uzywl rzy rownaniach i potrafil dokladnie przewidziec energie jaka byla potrzebna ...do czegos tam (nie przychodzi mi zaden madry przyklad na mysl). Tym parametrem jest wspolczynnikproporcjonalnosci niedzy CZESTOSCIA fali a jej minimalna ENERGIA. Tym parametrem jest stala PLANKA!! CZYLI TYLKO czestotliwosc fali zmniejsza sie i zwieksza. A ta malenka wartosc stalej Planka oznacza tylko ze energia MUSI byc w bardzo malych porcjach. Z czego wniosek ze stala Planka jest TYLKO STALA MATEMATYCZNA....nikt tego nie widzial ...Rozumiesz, w zasadzie hipoteza....Jak i struny, one sa tez tylko matematycznie wymyslone.
Obliczony wiek Wszechswiata to 15 miliardow lat....Czyli jesli by cofnac zegar kosmiczny to materia z krorej zbudowane jest wszystko , kazdy dom, samochod, Ksiezyc, naza Droga Mleczna z miliardami gwiazd, Andromeda z miliardem gwiazd i miliardy galaktyk z miliardmi gwiazd bedzie gnieciona kosmicznym imadlem ...Co jest nieodlacznie zwiazane ze wzrostem temperatury co rozklada gwiazdy laczy w plazme goraca wszystko i sciska do jednego punktu....Niewyobrazalnie malego....
Kochani, dziekuje, jutro klasowka
Ufff....dobrze mi to pisanie zrobilo....Wrescie Magdalena do siebie dochodzi
[ Dodano: 06-12-21, 19:22 ]
Kurcze, zapomnielabym czegos waznego.
Mw, co to znaczy "roznie datowane gwiazdy"??
Gwiazdy ewoluja, prawie kazda gwiazda ma inny wiek! Gwiazdy sie rodza, umieraja itp. Piekna smiercia gwiazdy jest wybuch super nova..... Z obloku po wybuchu gwiazdy rodza sie nowe gwiazdy....z masywnej gwiazdy po zapadnieciu sie moze powstac Czarna Dziura.
Wiec to jest normalne ze roznie "datowane" sa gwiazdy.
W naszej galaktyce czyli drodze mlecznej az kipi od wygaslych gwiazd.
wind Pomógł: 9 razy Posty: 338 Skąd: Z ziemi piastów
Wysłany: 06-12-22, 14:52
feniks napisał/a:
Ile lat ma Wszechświat?
Mam lepsze pytanie - A jakie to ma znaczenie ile lat ma wszechświat? Równie dobrze wrzechświat moógł powstać około 1.5 sekundy przed rozpoczęciem czytania tego postu. Czy to coś zmienia? Taki racjonalny wszechświat, z datę ropoczęcia, regułami określającymi jak będzie wyglądać za 2.5 mln lat to chyba nudne ...
Wiecie co!!! Juz po raz ktorys pisalam tu poematy, i jak nacislam wyslij to pokazalo sie ze musze sie zalogowac a pozniej moj madry post poszedl sie jeb
Zmień przeglądarke na nowego firefoxa bo zapamiętuje wysyłaną treść.
Czy to coś zmienia? Taki racjonalny wszechświat, z datę ropoczęcia, regułami określającymi jak będzie wyglądać za 2.5 mln lat to chyba nudne ...
Czy to cos zmienia???? OCZYWISCIE ze zmienia, takie pytania sa fundamentarne i potrzebne zeby poznac nature Wszechswiata.
Bo gdy ta nature juz poznamy to bedziemi rowni Bogom.
Pomógł: 6 razy Wiek: 30 Posty: 3376 Skąd: z Bajki :)
Wysłany: 07-01-05, 13:32
Magdalena napisał/a:
Czy to cos zmienia???? OCZYWISCIE ze zmienia, takie pytania sa fundamentarne i potrzebne zeby poznac nature Wszechswiata.
Zacznij medytować i korzystać z narzędzi, które masz - czyli zajebistego komputera między uszami, wrażliwego na efekty kwantowe, zdolnego do ich wzmacniania i rejestrowania swoją siecią neuronową. Mózg działa wtedy jak antena, kiedy swoją akcją (pobudzenie), nie zagłusza tego co najsubtelniejsze.
Niektórzy to błędnie nazywają dostrajaniem się do częstotliwości wszechświata, a ja myślę, że to po prostu chodzi o stosunek szumu ego, do sygnału z poza czasu
Magdalena napisał/a:
Bo gdy ta nature juz poznamy to bedziemi rowni Bogom.
Ale co znaczy poznać naturę? Bogowie znają naturę matrixa i czują ją na sobie. Dlatego są bogami.
PS: Magdalena, dzięki za dedykację w poprzednim poście. Jakoś nie mam weny, żeby się ustosunkować do tego co napisałaś i na nią czekam.
Pomógł: 1 raz Wiek: 45 Posty: 170 Skąd: Górny Śląsk
Wysłany: 07-01-05, 14:00
Magda, myślę że Bogami mamy szansę stać się kiedy poznamy siebie, nie naturę wszechświata.
To co zacytuję jest długawe ale ja po prostu lubię ten tekst Stachury:
Posłuchaj. Pytasz o ruch, kolor, dźwięk, pamięć, czas, życie, śmierć, wieczność, mądrość, wolność, prawdę, Boga, największą tajemnicę, jak powstał świat i tak dalej, i temu podobne, i wydaje ci się, że to są właściwe pytania, ale to nie są właściwe pytania. Kiedy - dzięki twojemu wielkiemu cierpieniu - trafiliśmy na siebie, powiedział ci ten, co go masz przed sobą, że może odpowiedzieć na wszystkie twoje pytania, najbardziej niewiarygodne. Pewnie dlatego windujesz te pytania, które windujesz i które wydają ci się wielkie. Ale naprawdę to one są niewielkie. Wielkie pytania, niebotyczne pytania to te, które dotykają ziemi, po której chodzisz.
- Jakie na przykład są wielkie pytania?
- Wielkie pytania są te, które tobie niechybnie wydadzą się banalne, wręcz śmiechu warte. Na przykład: dlaczego cię złości, że ktoś siorbie przy spożywaniu zupy? Dlaczego lubisz psy, a nie lubisz kotów lub odwrotnie? Dlaczego mówisz, że wolisz góry niż morze lub odwrotnie? Dlaczego przebywasz z ludźmi, z którymi jest ci przyjemnie, a unikasz jak ognia towarzystwa tych, z którymi jest ci w jakiś sposób nieprzyjemnie? Dlaczego telefonujesz do kogoś ze słowami: „Cześć. Dzwonię, bo mam do ciebie taki jeden interes" i wydaje ci się to naturalne? Dlaczego nigdy nie telefonujesz do kogoś ze słowami: „Cześć. Dzwonię, bo nie mam żadnego interesu"? Dlaczego wydawałoby ci się to nienaturalne? Dlaczego kogoś nazywasz przyjacielem? Dlaczego, kiedy temu - kogo nazywasz przyjacielem - jest źle, ciężko, to pocieszasz go, wspierasz, podtrzymujesz na duszy, wygląda, zechciałbyś mu nieba przychylić, a kiedy ten wydostaje się z biedy i zaczyna powodzić mu się, wcale cię to, dziwna rzecz, nie raduje, lecz, dziwna rzecz, zaczyna drażnić? Dlaczego nie podoba ci się, że twoja żona czy narzeczona uśmiechnęła się do jednego pana na przyjęciu imieninowym? Dlaczego podoba ci się, że czyjaś żona czy narzeczona do ciebie uśmiechnęła się? Dlaczego kupiłeś dziecku kryminalną zabawkę-pistolet? Do czego byłbyś zdolny dla swojej rodziny? Dlaczego nudzisz się, kiedy jesteś sam? Dlaczego czekasz na pewien list? Dlaczego z taką niecierpliwością? Dlaczego w towarzystwie obmawiasz nieobecnych? Dlaczego jadąc pociągiem rozwiązujesz krzyżówki? Dlaczego splunąłeś przez lewe ramię, kiedy czarny kot przebiegł ci drogę? Dlaczego wracając nocą do domu wybierasz dłuższą, okrężną trasę, żeby nie przechodzić opodal cmentarza? I tak dalej, i temu podobne. To są właściwe pytania, wielkie pytania, gigantyczne pytania. Kluczowe. Choć tobie niechybnie wydają się płaskie i głupie. W odpowiedziach na te pytania kryje się rozwiązanie wszystkich twoich problemów i wszystkich problemów świata, i początek nowego, prawdziwego życia. Bo w odpowiedziach na te pytania jest samopoznanie. A nie ma samopoznania w odpowiedziach na te pytania, które ty - sądząc, że to najwłaściwsze pytania - stawiasz, obojętnie czy udzielane ci przez człowieka-nikt odpowiedzi są opisem mądrości czy kupą wymysłów. Dla ciebie tak czy owak jest to kupa wymysłów, dopóki sam w sobie nie odkryjesz, o czym to wszystko jest, o czym, a zwłaszcza o kim. Takie pytania należy stawiać, na które sam mógłbyś odpowiedzieć. Nikt ci nigdy nie odkryje, kim jesteś, kim jest twoje Ja, którym jesteś. Żadne święte księgi, żaden mędrzec, żaden prorok, żaden nawiedzony, żaden guru, żaden analityk, psychoanalityk, dogmatyk, pragmatyk, gramatyk i tak dalej. Ty sam i tylko ty sam możesz to odkryć, w sobie odkryć, bo tylko ty sam możesz zaobserwować, jaki naprawdę jesteś. Pytania zatem stawiaj sam sobie i sam sobie na nie odpowiadaj. Nie możesz nic naprawdę poznać, nim siebie nie poznasz, nim nie poznasz poznającego. Niczego nigdy naprawdę nie dowiesz się, nim nie dowiesz się, kim jesteś, kim jest Ja, które chce dowiedzieć się. Bez tego nigdy nic nie będziesz naprawdę wiedzieć, a wszystko będzie wydawać ci się. Wydaje ci się, że zaszedłeś bardzo daleko i bardzo wysoko w poznaniu świata, a ty - nie wiedząc kim jesteś - po prostu nie ruszyłeś z miejsca. To przecież jasne. Jak słońce za chmurami. Trzeba ci poznać chmury, żeby je rozproszyć i żeby odsłonił się widok nad widoki, i żeby mogła objąć i oświetlić cię jasność rozumienia.
Cóż z tego, że przeczytasz jeszcze jedną książkę, co wyda ci się głupia lub wyda ci się mądra, lub wyda ci się trochę mądra trochę głupia. Czytaj, ale w którymś momencie podnieś wzrok znad książki i zapytaj wreszcie siebie: „Dlaczego czytam książki? Bo jest to przyjemne spędzenie czasu? Dlatego, że nie podoba mi się emitowany właśnie program telewizyjny albo dlatego, że już skończył się cały program na wieczór i późny wieczór dzisiejszy? Do poduszki przed snem? Dla intelektualnej rozrywki? Żeby zaliczyć kolejne dzieło modnego autora? Żeby wzruszyć się? Żeby ucieszyć się? Żeby zmartwić się? Żeby znaleźć coś mądrego o życiu? Żeby czegoś nauczyć się? Żeby pomieszkać wyobraźnią w innym świecie? Co to właściwie znaczy inny świat? Co to właściwie znaczy inny? Dlaczego czytam książki? Żeby trochę pożyć bardziej interesującym niż moje życiem bohaterów książki? Żeby zobaczyć, że pomimo wszystko oni jednak też cierpią tak samo jak ja, a niekiedy o wiele, wiele więcej? Dlaczego takie właśnie książki najbardziej podobają mi się, gdzie niepokoje, rozterki, cierpienia, nieszczęścia, tragedie i krew leje się, i trup pada gęsto jak w sztukach Szekspira? Dlaczego właściwie autorowie opisują takie okropności? Ale przede wszystkim dlaczego ja czytam takie okropności? Dlaczego czytam książki? Bo wszyscy czytają, więc dlaczego ja miałbym nie czytać? Bo mam wolną chwilę i trzeba czymś zająć mi się? Dlaczego muszę zawsze czymś zajmować się? Czy potrafię, czy potrafiłbym przez kwadrans, przez pięć minut, przez jedną minutę nic nie robić i o niczym nie myśleć? Dlaczego nie mogę usiedzieć spokojnie, uleżeć spokojnie, ustać spokojnie? Dlaczego tak nieustannie miotam się? Co to jest to uczucie pustki, które odczuwam, kiedy nic nie robię. Czemu to jest takie nie do zniesienia? Czemu tak boję się tego? Co to jest ta czarna dziura? Czy mogę ją wypełnić otworzeniem książki, włączeniem radia czy telewizora, słuchaniem płyt, telefonowaniem do znajomych, pójściem na brydża czy na pokera, do restauracji na wódkę, do kina, do teatru, do opery, do operetki, na publiczne spotkanie z jakimś artystą, pisarzem, gwiazdą ekranu czy estrady, iluzjonistą, magiem, magikiem, na mecz, napisaniem listu, napisaniem wiersza, modlitwą, wspominaniem dzieciństwa, marzeniami o przyszłości? Przecież wszystko cokolwiek robię, żeby czarną dziurę wypełnić, zalepić, zakitować kitem sfabrykowanym przeze mnie czy przez innych, wszystko to wcześniej czy później kończy się i ona znowu pojawia się, znowu jest przy mnie. Ta straszliwa czarna dziura. Więc znów mi uciekać? Mam tak uciekać całe życie? Aż do samej śmierci? Bo przecież dalej nie ucieknę. Czy na tym polega życie? Na nieustającej i, okazuje się, zawsze daremnej ucieczce? Na zawsze daremnym, próżnym kitowaniu tej straszliwej czarnej dziury? Może trzeba mi raz zrobić coś innego, nie wiem co, coś czego jeszcze nigdy nie robiłem? Ale co? Co robić? Chyba już wszystko robiłem, zawsze coś robiłem. Zawsze, kiedy tylko czułem, jak zbliża się, jak nadchodzi, jak nadciąga ta straszliwa czarna pusta chmura, ta straszliwa czarna dziura - natychmiast, w te pędy brałem się za jakąś robotę, za pranie, za cerowanie skarpetek, za mycie naczyń, za sprzątanie, za porządki, za cokolwiek, za byle co, za bylewszystko albo wychodziłem z domu i zachodziłem do znajomych, albo szedłem do kina, albo jechałem gdzieś, w kraj, w świat, albo tysiące różnych rzeczy. Nigdy nie dopuszczałem do siebie tej straszliwej czarnej dziury. Zawsze coś robiłem. Jeszcze nie było tak, żebym czegoś nie robił, zaraz... a może właśnie nic nie robić? Nic a nic. Tak, tego jeszcze zaiste nie robiłem. Więc może właśnie nic nie robić? Absolutnie nic. Nie zagłuszać się, nie chować się za barykadę jakiegoś jakiegokolwiek zajęcia, nie uciekać, nie czmychać. Położyć się albo usiąść i dopuścić do siebie tę straszliwą czarną dziurę, twarzą w twarz, oko w oko. I co? Przestraszę się. Będę chciał uciekać. Ale może chodzi o to, żeby nie uciekać. Zawsze uciekałem i w efekcie nigdzie nie uciekłem. Więc może raz nie uciekać, wytrwać z tą straszliwą czarną dziurą, z nią, przy niej, tuż obok, bardzo blisko, tuż-tuż. Bo przecież, tylko tak mogę zobaczyć, czym ona jest. Co się wtedy może stać? Nie wiem. Skąd mogę wiedzieć, jeżeli tak naprawdę nigdy jeszcze oko w oko, sam na sam z nią nie byłem? Więc wszystko, co o tym powiem, będzie moim wymysłem, wymysłem mojej wyobraźni, wylęknionej wyobraźni. Bo przecież lękam się. Czy w tej chwili lękam się? Tak, lękam się. Nie ma właściwie na razie powodu do lęku, a ja już lękam się. Czego więc lękam się? Lękam się lęku. Czy to jest normalne: lękać się lęku? Bo jeżeli to jest normalne, to również normalne jest lękać się lęku przed lękiem, a więc również lękać się lęku lęku przed lękiem. I tak bez końca. Nie, to na pewno nie jest normalne. Ale tak rzeczy przedstawiają mi się: wszystkiego boję się. Mam sobie wmawiać, mam oszukiwać się, mam udawać, że tak nie jest? Wszystkiego boję się. l ten najgorszy zawsze strach: przed śmiercią.. Czy można nazywać życiem coś, co nieuchronnie kończy się śmiercią,? Czy można nazywać życiem coś, co jest jednym nieustannym lękiem na wszelkie możliwe sposoby zagłuszanym, nic tylko zagłuszanym, ogłuszanym, odsuwanym na jakiś czas z przejścia, przesuwanym z kąta w kąt jak absurdalny mebel, ale ciągle we wnętrzu izby walającym się, nigdy raz na zawsze na śmietnik nie wywalonym? I czy ja w ogóle widzę rzeczywisty świat, jeżeli lękam się, jeżeli lęk zawsze we mnie tkwi jak zatruta zadra, to płytko, to głębiej tak, że powierzchnia - czymś tam w danej chwili znarkotyzowana, znieczulona - nie czuje go, ale on przecież we mnie jest. Ten lęk. Przecież wszystko na co patrzę i wszystko co słyszę, i wszystko co pomyślę - jest moim lękiem skrzywione, spaczone, zdeformowane. Ten świat w moich oczach i w moich uszach, i w moich myślach to zupełnie jak gabinet krzywych luster w wesołych miasteczkach. Z tym tylko, z tym jednym nie do odsunięcia, nie do przesunięcia małym „tylko", że tam to jest komiczne, a tu tragiczne. Tam to jest zabawa, a tu zagłada. Na pewno wszystko wyglądałoby inaczej, gdybym nie lękał się. Nawet nie mogę sobie wyobrazić, jak wyglądałoby życie bez lęku. Tego, jak to jest, kiedy stoi się sam na sam, bez żadnego oparcia, bez żadnej osłony, oko w oko ze straszliwą czarną dziurą też nie mogę sobie wyobrazić. A może to ma jakiś związek jedno z drugim, jeżeli ani tego, ani tego nie mogę sobie wyobrazić? Może trzeba, może nieodzowne jest przeląc się, przestraszyć, przerazić się, żeby uwolnić się od lęku, wszelkiego lęku i może raz na zawsze? A może ja istotnie jestem lękiem, całym lękiem, jego ofiarą, jego skutkiem i przyczyną? Bo czy lęk istnieje niezależnie ode mnie, oddzielnie? Kiedy nie ma tego kogoś, kto boi się, kto lęka się, czy lęk jako taki istnieje? Kiedy nie ma skutku, czy istnieje przyczyna? To jest przecież oczywiste, to skacze do oczu: lęk beze mnie nie istnieje, beze mnie lękającego się. Więc uwolnić się od lęku znaczyłoby uwolnić się od siebie. A może ja jestem też tą straszliwą straszną dziurą? Bo kiedy nie ma tego kogoś, kto przed nią w popłochu ucieka, kto ją przede wszystkim nazywa straszliwą czarną dziurą, to ona nie ma pola do popisu, ona wręcz nie ma żadnej racji bytu. Więc uwolnić się od niej znowu znaczyłoby uwolnić się od siebie. Ale jak mogę od siebie uwolnić się, jeżeli zaiste nie wiem, kim jestem, skąd wziąłem się i po co, i dokąd zmierzam, jeżeli w ogóle dokądś zmierzam? Musiałbym wpierw siebie poznać, żeby móc potem od siebie uwolnić się. Albo może jest tak, że to poznawanie siebie jest zarazem uwalnianiem się od siebie?"
Mówiąc inaczej, tam, gdzie jest podmiot, nie ma przedmiotu, nie ma obiektu. Tam, gdzie subiektywność, nie ma obiektywności. I odwrotnie. Obiektywność jest tam, gdzie nie ma centrum. Żadnego centrum. Obiektywność to wolność, równość i braterstwo. Ale te prawdziwe. Tobie nieznane. W świecie obiektywnym podział na życie wewnętrzne i życie zewnętrzne nie istnieje. Nie istnieje ten mur ani żaden inny. Mur istnieje w twoim świecie. Mur pomiędzy tobą a resztą świata. Tyś jest swoim Ja. Istotą twoją, twoją zasadą konstytutywną jest podział. Ty jesteś dzielaczem. Ty wszystko dzielisz, bo każdy podział cię mnoży. Ty podzieliłeś człowieka na wewnętrznego i zewnętrznego, a ludzi na kolory, odcienie, klasy, kasty, klany, stany, narody nie zjednoczone, warstwy, poziomy, tarasy, wyznania, uznania, rozeznania, orientacje, sekty i co tam jeszcze zostało.
Ty podzieliłeś glob na posiadłości wiejskie, miejskie, podmiejskie, zamorskie, konkwistadorskie, kolonialne, neokolonialne, latyfundia, majątki, posesje, rancza, pola, pólka, poletka, parcele, place i co tam jeszcze zostało, prawie już nic nie zostało, nawet lody Antarktydy poszły pod nóż. Ty wymyśliłeś dwunastomilową strefę tak zwanych wód terytorialnych (wody terytorialne!), żeby ją rozciągnąć do pięćdziesięciu mil, a obecnie już do dwustu i na tym nie poprzestaniecie.
Ty postawiłeś bariery, szlabany, parkany, parawany, słupy, tablice, płoty z kamieni, pali, sztachet, bambusów, kaktusów, drutu zwykłego, drutu kolczastego, drutu elektrycznego, żelazne kurtyny, wszystkie przeszkody pomiędzy człowiekiem i człowiekiem oraz pomiędzy człowiekiem i naturą.
Ty oddzieliłeś złączonych w miłosnym objęciu mężczyznę i kobietę, ty odgrodziłeś ziemię od nieba, ty pomieszałeś języki. Ty wszystko pomieszałeś, pomąciłeś, podzieliłeś.
Życie nawet, podzieliłeś je na życie i śmierć.
- Nie mogę tego pojąć. Nie mogę tego ogarnąć.
To za trudne.
- Bo cały czas myślisz, chcesz, starasz się, usiłujesz, wysilasz się, żeby to myślą ogarnąć; z czymś zgadzasz się, czemuś innemu sprzeciwiasz się, to dajesz ponosić się, to opierasz się, to wznosisz barykadę, to ją burzysz; obiecujesz sobie, że jeżeli to ogarniesz, to ci to coś na pewno da, coś skorzystasz, coś zyskasz, ale nie wiesz co; równocześnie lękasz się, że możesz coś stracić, kombinujesz, cały czas ze sobą handlujesz, targujesz się, idziesz na ustępstwa, nie idziesz na ustępstwa, kupujesz, sprzedajesz, odkupujesz, żałujesz wydatku, odsprzedajesz; dzielisz się na Ja i superJa i to superJa dyryguje Ja, zdalnie nim steruje ze swojego schronu, ze swojego bunkra, ze swojej dyspozytorni, ze swojego centralnego ośrodka, tego pępka świata, wysyła je do jakiejś walki z niewidzialnym przeciwnikiem, gotowe jest poświęcić to Ja i poświęca je, bo to w niczym nie zagraża jego esencji, jego zasadzie konstytutywnej, która właśnie zasadza się na dzieleniu się, czyli na mnożeniu się; chcesz kogoś przechytrzyć, nie wiesz kogo, zastawiasz pułapkę, sam w nią wpadasz, ale zaraz siebie z niej wyciągasz, żeby wpaść w kolejną pułapkę, żeby znowu z niej wydobyć się i tak w kółko Macieju: chcesz, nie chcesz, chciałbyś, nie chciałbyś; tak bardzo jesteś pewny siebie, zadowolony z siebie, dumny z siebie, pyszny z siebie, zachwycony sobą, zakochany w sobie, tak bardzo jesteś przeświadczony o herkulesowych możliwościach twojego intelektu, że czujesz się znieważony, kiedy ci się mówi, że jest coś poza twoim zasięgiem; mówisz sobie: „Ja pomyślę nad tym, ja to rozgryzę z czasem” (z czasem można tylko sczeznąć, czas można tylko tracić, czas można tylko marnować, do niczego lepszego czas nie nadaje się); poza tym wolałbyś nic nikomu nie zawdzięczać, nawet człowiekowi-nikt, bo nie możesz wyobrazić sobie, że to jest naprawdę człowiek-nikt i że wszystko, co robi, robi absolutnie bezinteresownie, nie oczekując ni od ciebie, ni od kogokolwiek wdzięczności, cienia wdzięczności; poza tym zżera cię ciekawość, ciągnie cię do głębokiej wody, ale też boisz się, ale coraz bardziej kusi cię, ale coraz bardziej boisz się i tak dalej, i temu podobne, i tak to blokujesz się tym wszystkim, bo to wszystko - nie uświadomione, nie wydobyte, nie wyekshumowane z mroku, nie wystawione na poświatę księżyca i nie zobaczone - blokuje w sposób nieprzekraczalny dostęp do portu samopoznania, a tylko wtedy, kiedy wypłyniesz z tego portu i zawieruszysz się na szerokie i głębokie wody, na pełne morze samopoznania, i poznasz się, tylko jedynie wyłącznie wtedy rozumienie będzie mogło przyjść do ciebie, bo ty już nie będziesz wtedy tylko ty, już nie będziesz całkowicie tylko swoim Ja, będziesz czymś nieskończenie mniej, czymś nieskończenie więcej.
A ty, cóż robisz? Cóż fabrykujesz? Ty właśnie fabrykujesz dokładnie wszystko, żeby ci się nie mogło przytrafić samopoznanie, po którym rozumienie, poprzez które ten fakt, to, do czego nie da się iść, żadną drogą, to tylko może przyjść samo, samoistnie, lekko, łagodnie, swobodnie, niesione własnym powiewem, nie chciane, nie przywoływane, nie wymodlone, bez najmniejszego wysiłku ze strony kogokolwiek: jasność, czystość, przejrzystość, absolutna schludność, niewinność, niewojowniczość, dziewiczość, bezśladowość, bezskazowość, bezzmazowość, niezmazywalność, niezłomność, niesprzedajność, nieprzekupność, nieskazitelność, nieskalaność, bezwątpliwość, niewyobrażalność, nieopisaność, nieprzetłumaczalność, niepodobność, niestworzoność, bezwymiar, nieskończenie wolne pole dla nieskończenie wszystkich cudów, to. Doskonała jedność, z której wywodzą się wszystkie doskonałe jedności natury: noc i dzień, śmierć i życie, spoczynek i ruch.
Ty nie możesz tego ogarnąć, w żaden sposób, nijak, nigdy. To natomiast może ciebie objąć. Wtedy, kiedy poprzez czystą, nagą, niewartościującą obserwację poznasz, czym są twoje pragnienia i sprzeciwy, to znaczy pragnienia i pragnienia, gdyż sprzeciw jest oczywiście też pragnieniem, kiedy zaobserwujesz spokojnie, jak powstają, dlaczego, po co i jak w ogóle funkcjonuje ten cały mechanizm, wtedy i tylko wtedy będziesz mógł zostać ogarnięty, przygarnięty przez prawdziwy wymiar wszystkiego. Kiedy poznasz się. Nikt tego nigdy za ciebie nie zrobi, bo to jest samopoznanie, więc możesz to zrobić tylko sam. Możesz to zrobić tylko sam, więc możesz to zrobić, gdyż w innym razie, nie mówiłoby się tu o tym. Nie siałoby się tego.
To samopoznanie nie jest poznawaniem przez gromadzenie wiedzy o sobie, przez zapamiętywanie, że to i to, i tamto, i jeszcze tamto. Całkowicie wręcz inaczej. Im więcej gromadzisz, im strojniej stroisz się, tym mniej miejsca na nieporównywalną prostotę i nagość. Milion informacji o sobie nigdy nie doprowadzi do poznania siebie. Milion informacji sfabrykuje miliard informacji, a prawdziwego poznania siebie dalej ani cienia. Tak jest z każdym gromadzeniem, czy to wulgarnym czy tak zwanym subtelnym. Pęczniejący worek pieniędzy nigdy nie zamieni się w szczęście właściciela tego worka. Wszystkie wiersze o miłości nigdy nie zamienią się w miłość. Wszystkie zasoby broni, wszystkie arsenały nigdy nie zamienią się w pokój planety.
To samopoznanie jest poznawaniem nie przez akumulację, lecz przez ewakuację, nie przez afirmację, lecz przez negację, która następuje samorzutnie za każdym razem, kiedy jakiś szczegół swojego postępowania zaobserwujesz bez oceniania tego. To jest autonegacja. Ta autonegacja, raz szczęśliwie podjęta, jest szczęśliwie całkowita. Wszystko na śmietnisko! Imię i nazwisko, i przezwisko, i wszystko, co odrażająco, samolubnie z tym związane. Na śmietnisko! I z jaką radością! Ta radość jest radością samopoznawania się. Żadna znana ci radość nie może nawet porównać się z nią. Co zaś do radości życia, to wywodzi się ona ze świata cudów, ze świata faktów, co pojawia się, kiedy się już siebie poznało.
Do tej obserwacji siebie (przez którą samopoznanie, poprzez które rozumienie) potrzebna jest tylko uwaga, nie potrzeba żadnych specjalnych warunków ani łaboratoryjno-komfortowych, ani podle-terenowych, ani malowniczych, ani egzotycznych, ani szwajcarskich, ani meksykańskich. Każde są dobre. Obserwować siebie można wszędzie. I nie są niezbędne wielkie, wstrząsające przeżycia. Każde najbanalniejsze zdarzenie uważnie i do końca obserwowane: co? jak? dlaczego? - może stać się decydujące, fundamentalne, przełomowe.
Mówisz, że to za trudne. Otóż to nie jest trudne. To jest łatwe. To jest proste. Niewiarygodnie proste. Ale tyś jest swoim Ja i dla ciebie, dla twojego intelektu - ćwiczonego przez stulecia i tysiąclecia w rachowaniu, wyrachowaniu, wszelakich skomplikowanych kombinacjach, machinacjach, sztuczkach, kruczkach i temu podobne - to jest „nazbyt" łatwe, to jest „nazbyt" proste. Twój umysł i twoje serce nie mogą tego pojąć dlatego, że brak im właśnie tej prostoty, tej naturalności, tej naiwności, tej niewinności. Umysł obserwowany uważnie przez samego siebie, przez stan - samoobserwującego - się - umysłu może połknąć swój gadatliwy język i uciszyć się, może siebie poznać i wtedy, i tylko wtedy może zaistnieć i pokazać ci się to nieporównane, to niezrównane, to niepochwytne, to nie lada jakie, to nie lada co, to nienaganne, to nieposzlakowane, to niezakłócone, to niezatarte, to niepomazane, to nic - ponadto. Wielki żywy obraz.
Pochylić się nad sobą, pochylić się w sobie i uważnie wsłuchać się w siebie, uciszyć rozum umysłu z hałasu myśli, ostudzić serce umysłu z fałszywego zapału uczuć, wydobyć się, wypaść z zakrzepłej, zatęchłej, zapadłej, przepadłej koleiny schematu i biegiem na przestrzał przez bezpańskie pola, przez bezdroża, wertepy, manowce; dać się objąć, dać się ogarnąć przez życiodajną atmosferę obserwacji - to jest trudne. Tylko to jest trudne. Wszystko inne jest proste. Nie do wiary proste. Nie do wyobrażenia proste. Nie do wyśnienia proste.