Disclaimer: Pisząc i czytając PsychoTrop-a, bierzesz pełną odpowiedzialność za siebie. Prezentowane tresci traktuj z wielkim dystansem.
ZalogujZaloguj O forumO forum O forumRegulamin O forumGaleria Prywatne wiadomościPrywatne wiadomości
RejestracjaRejestracja UżytkownicyUżytkownicy FAQFAQ StatystykiStatystyki

Google PsychoTrop Zaawansowane
Zaprzyjaźnione
INTEO
Techniki NLP
Wolne Media
PsychoTropEdia
AGaRT
Klinika Sacharuna
Nina2
Podolski

Lista wątków

"Oczyścić drzwi percepcji" autorstwa Hustona Smitha (8)
Zapowiedź świata post-copyright (3)
AYAHUASCA - SHAMANIC JOURNEY, AMSTERDAM, HOLANDIA 2010 (1)
Jak trafiłeś na Psycho-Tropa :) (73)
Mam pytanie o oddechu (6)
Explorer i firefox pokazują co innego (9)
Buddyzm: hinayana czy mahayana ? (46)
Buty. Podeszwa, zdrowie. (7)
AC/DC covers - 4 SZMERY - 24.09.2010 - Jelenia Góra (1)
Globalne Ocieplenie (5)
sens istnienia (52)
maryska (42)
Ach ci mężczyźni, (33)
Włocławek (5-7.11.10) 5 Rhythms-prowadzi Sangeet Portalski (1)
takie tam (12)
Sztab wyborczy Janusza Korwina Mikke (16)
"Bo tak lubie i tak będzie" (81)
Urzekające muzyczne kawałki :) (69)
Tajemne praktyki i magiczne rytuały w walce (3)
śnie o tym, że ktoś umrze.. I naprawdę ktoś umiera. (13)
Szanowne Forum (28)
teoria równoległych rzeczywistości (24)
Smak spermy. Z wiekiem odczuwam go inaczej (29)
[zastosowania] [LSD] Najpotężniejszy afrodyzjak (14)
interesujace linki (26)
Przedstawmy się sobie? (33)
psychotropia (10)
TRANSCENDENTALNA MEDYTACJA W SZKOŁACH (17)
Spotkanie? (2)
Program Tybetański RatujTybet- możesz pomóc (1)
Poezja mej Duszy (4)
Warsztaty Inteo (10)
Wątek do zbierania opisowych nazw PsychoTropa (45)
Filmiki zlotowe. (42)
Wszyscy tyle samo - szkic systemu (12)
dziś godzina dla ziemi (3)
Warsztat Miłość i prawda, L. Żądło 10-11 kwietnia, Wrocław (2)
Warsztat Miłość i prawda, L. Żądło 10-11 kwietnia, Wrocław (1)
Akcja 100 milionów toreb (8)
WARSZTATY MEDYTACJI KRAKÓW 10-11 KWIECIEŃ (1)
Boli mnie nadgarstek po waleniu w worek :-(((( (10)
Bioenergetyka - Alexander Lowen (51)
Żeń szeń - doping na sesję ;) (44)
borderline. (23)
Nie chcą krzyża w sali lekcyjnej (38)
[artykuł] Skończmy wreszcie tą głupią wojnę (26)
Filmy online w całości (33)
A jakby wszyscy zarabiali tyle samo ? (14)
Grono i pytanie (6)
OK (8)
To kobiety mają jaja (6)
Pomocy chyba wariuje.... uzależnienie.... emocjonalne.... (105)
mam ochote sie wykrzyczeć! (9)
Projekcja astrlana/OOBE/eksterioryzacja (3)
sens życia (70)
Warto skończyć z paleniem zanim.. (3)
Praca, pomysły, shakespeare (2)
praca z oddechem (4)
WARSZTATY MEDYTACYJNE KRAKÓW 27-28 LUTY (3)
Awaria laptopa (8)

Autor Wiadomość
MarS 
[avatar ukryty]
Wysłany: 08-03-26, 13:28   Co ja w sprawie tybetańskiej?

Mamy oczekiwania do rządów, sportowców by coś (co?) zrobili z Chinami a pytanie jest co ja w tym wszystkim?
Ja postanowiłem nie oglądać tej olimpiady i zachęcam do rozpropagowania bojkotu oraz nie kupować rzeczy made in china.
Gruby 
[avatar ukryty]
Wysłany: 08-03-26, 15:04   

Wszyscy odwracają od tego głowę bo im tak wygodniej. Popieram MarS - nie oglądajmy tej olimpiady.

Powinni coś z tym zrobić. Np. odebrać prawo Chinom do olimpiady.

Dalajlama powiedział że jeżeli czegoś nie zrobią z tym co się dzieje w Chinach to poda sie do dymisji.
MarS 
[avatar ukryty]
Wysłany: 08-03-26, 16:49   

Nie Gruby. Dalajlama powiedział, że poda się do dymisji jeśli tybetańczycy będą próbowali sprawę rozwiązywać siłowo.
Gruby 
[avatar ukryty]
Wysłany: 08-03-26, 18:08   

MarS napisał/a:[quote]
Nie Gruby. Dalajlama powiedział, że poda się do dymisji jeśli tybetańczycy będą próbowali sprawę rozwiązywać siłowo.
[/quote]


Fakt. Pomyliłem fakty.
igor 
Site Admin

Wysłany: 08-03-27, 09:41   

MarS napisał/a:[quote]
Mamy oczekiwania do rządów, sportowców by coś (co?) zrobili z Chinami a pytanie jest co ja w tym wszystkim?
Ja postanowiłem nie oglądać tej olimpiady i zachęcam do rozpropagowania bojkotu oraz nie kupować rzeczy made in china.
[/quote]

Ja się przyłączam do bojkotu olimpiady. Jeśli chodzi o chińskie produkty, to nie wymieniałbym tego jako główny pomysł, ponieważ ma nikłą szansę powodzenia. Swoją drogą, ciekawe jaki procent kupowanych towarów jest chińskiej produkcji?

Dobrym pomysłem jest po prostu rozmawianie o tym co się tam dzieje, przy różnych okazjach, oraz stanowcze podejście - cel - aby sprawa w szczegółach zaistniała w świadomości ludzi. Bez tego, pozostaną bierni.

Można też się podpisać pod listem otwartym do premiera w sprawie stanowiska Polski wobec tybetu.

http://www.tybet2008.pl/index.html#podpisy
http://www.tsering.wroclaw.pl/freetibet/

Tu jest lista rzeczy, które można robić
http://ratujtybet.org/DZIALAJ
MarS 

Wysłany: 08-03-27, 12:03   

Politycy zbojkotują Coca-Colę i Adidasa

"Dziennik": Nie będę kupować Coca-Coli i butów Adidasa, jeżeli nie wycofają się ze sponsorowania igrzysk w Chinach - takie ogłoszenie ukaże się 31 marca w czterech polskich gazetach. Pod spodem znajdą się podpisy kilkudziesięciu opozycjonistów z czasów PRL.
Akcję wymyślił Piotr Niemczyk - w latach 80. działacz pokojowego ruchu Wolność i Pokój. Pod oświadczeniem podpisało się prawie 40 osób. Wśród sygnatariuszy znaleźli się także czynni politycy: Joanna Kluzik-Rostkowska z PiS, Konstanty Miodowicz z PO i Jan Lityński z PD. - Jesteśmy dziś w różnych miejscach sceny politycznej, ale akurat w tym przypadku nie mamy wątpliwości, że warto w tym wziąć udział - mówi Kluzik-Rostkowska.

Inicjator akcji tłumaczy, że wybrał te dwa koncerny, ponieważ po tym gdy Steven Spielberg zrezygnował z funkcji doradcy artystycznego igrzysk, niektóre firmy przynajmniej rozważały wycofanie się ze sponsorowania imprezy. Coca-Cola i Adidas nawet tego nie brały pod uwagę. - Są pewne granice przyzwoitości w zarabianiu pieniędzy - mówi Niemczyk. Nie wyklucza akcji, w których nie oszczędzi innych sponsorów.
igor 
Site Admin

Wysłany: 08-03-27, 22:24   

Wprowadzenie historyczne i do konfliktu (koniecznie obejrzeć)
http://www.youtube.com/watch?v=c7OCDoVvguU



Fotografie tybetańczyków i ich życia
http://www.youtube.com/watch?v=AHAVTSUIEzg



Walki tybetańsko chińskie - relacja z zamieszek (na początku jest
jakaś powtarzająca się reklama).
http://www.youtube.com/watch?v=_RzHuUR4_Ns



Parę ciekawych info o sytuacji.
http://www.youtube.com/watch?v=b2quhJDr3lk



Co by nie tracić humoru, wypowiedź poniżej korwina w stylu:
"odmawiam tybetańczykom prawa do samostanowienia o sobie, bo to tak
jakby przyznać je na przykład mańkutom i pozwolić załozyć im własne
państwo" [no comment]
http://www.youtube.com/watch?v=mSesT3UQUmA




Warto wiedzieć że chiny zmuszają tybetańczyków do zabijania dzieci
(tz. kontroli urodzeń). Tybet jest najbiedniejszą prowincją chińską.
Były tam klęski żywiołowe, w ciągu 58 lat pół miliona mnichów zostało
wypędzonych z klasztorów, wielu z nich było więzionych, torturowanych,
zgwałconych i spalonych. Zniszczono 9000 klasztorów...
Nina2 
Wysłany: 08-04-04, 17:08   

MarS napisał/a:[quote]
Ja postanowiłem nie oglądać tej olimpiady i zachęcam do rozpropagowania bojkotu oraz nie kupować rzeczy made in china.
[/quote]


Trzeba wiecej. W ostatniej "Polityce" (nr 14 z 5 kwietnia 2008) Jacek Zakowski pisze : Chiny staja sie potega gospodarcza. "Wolny swiat jest dosyc bezradny wobec rosnacego naporu rynkowych autorytaryzmow. Wciaz sie przed nimi cofamy. Juz dosc daleko poszlismy w tym kierunku. Google - kiedys symbol nowej wolnosci ponowoczesnego swiata - zaakceptowal je, godzac sie na cenzure swojego zasobu. Yahoo donioslo na chinskiego opozycjoniste, ktory trafil za to do wiezienia. Jedni i drudzy podporzaadkowali sie chinskiemu prawu.
Nie musieli, ale gdyby tego nie zrobili, mogliby stracic czesc zyskow. (...) Rzady, - by nie narazac swoich obywateli na utrate zysku - udaja, ze chinskie wladze sa takie same jak inne. Podobnie jak wczesniej udawaly, ze Putin jest prezydentem takim jak inni, ze nic zlego nie dzieje sie w Czeczenii.
(...)
Nie wydaje sie, zebysmy mieli sensowne recepty na chinskie dylematy. Ale program minimum jest taki, zebysmy nie pozwolili chinskim komunistom zmusic nas do uznania ich wladzy za normalna i ich standartow za akceptowalne. Skoro google dzis godzi sie na cenzure w Chinach, to jutro bez oporow zaczni sie cenzurowac w Polsce a pojutrze w Anglii.

Ani nieobecnosc Donalda Tuska w Pekinie, ani bojkot chinszczyzny czy korporacji obojetnych na zbrodnie, ani nawet heroiczny gest Moniki Pyrek - gdyby go wykonala - nie zmienia radykalnie biegu globalnych procesow. Ale jednak jakos na nie wplyna. Im wiecej nas sie do tych gestow przylaczy, tym ten wplyw bedzie wiekszy.
Bo bez tych gestow - jak nie dzis, to jutro - TYBET MOZE BYC WSZEDZIE. "

Zabijaja najmadrzejszych lamow, cenzuruja dharme (info najbardziej do zbawienia potrzebne), wlasne noworodki zjadaja...
To sa piekla!
Nie chce, zeby cos takiego w moim swiecie istnialo!
igor 
Site Admin

Wysłany: 08-04-11, 13:47   

http://www.psz.pl/content/view/4510
Imperium Kłamstw
Guy Sorman

XXI wiek nie będzie należał do Chin

Ostatnimi czasy prasa zachodnia pełna jest artykułów o rodzącej się potędze Chin, niektórzy nawet zapowiadają albo ostrzegają, że to właśnie do Chin należy przyszłość. Ufni w możliwości chińskiej gospodarki, która rozwija się szybko, zachodni politycy i biznesmani tłumnie przybywają do Pekinu. Inwestycje napływają strumieniami. Ukoronowaniem nowej pozycji Chin będzie Olimpiada w 2008 roku.

Ale sukces Chin jest, przynajmniej częściowo, złudzeniem. Prawdą jest, że 200 milionów obywateli ChRL mają szczęście: pracują na potrzeby rozwijającego się rynku światowego i cieszą się standardami życia klasy średniej.
Jednak pozostały miliard Chińczyków to najbiedniejsi i najbardziej wyzyskiwani ludzie na świecie, którzy nie mają zapewnionych podstawowych praw czy usług publicznych. Rośnie niezadowolenie, zwłaszcza na wsi gdzie często dochodzi do brutalnych konfrontacji z władzami partii komunistycznej. Chiński „cud” rozkłada się od środka.

Główne zmartwienie partii to nie poprawa warunków życia sponiewieranych; dużo bardziej niż rozwoju społecznego partia pragnie władzy. Nawet jeśli władze chińskie próbują „uwieść” Zachód, to nie szczędzą wysiłków, aby tłumić wolność – media działają pod przytłaczającą kontrolą cenzury, a jakikolwiek polityczny sprzeciw kończy się ekspulsją lub więzieniem.

Tendencje Zachodu do błędnego rozumienia Chin można znaleźć już w XVII wieku; wtedy to francuscy i włoscy jezuici podrózujący do Chin stworzyli stereotypy, którymi nafaszerowane są nasze umysły do dziś. Dowiedzieliśmy się wtedy – a może wydawało nam się, że się dowiedzieliśmy – że Chińczycy są zupełnie inni niż my.
Nie mają religii i zupełnie obce jest dla nich pojęcie wolności; naturalne więc wydają się ich skłonności do oświeconego despotyzmu. Takie błedne koncepcje miały związek z okresem w jakim powstawały: Wolter śpiewał hymny pochwalne na temat Mandarynów, pragnąc aby podobne elity rządziły Europą; lewicowi intelektualiści w latach 60-tych i 70-tych wielbili heroizm Mao Zedong’a, a dzisiejsze elity gospodarcze radośnie powtarzają za komunistyczną propagandą, że demokracja i wolność słowa nie idą w parze z chińskim etosem.

Ale przy odrobinie cierpliwości i dobrej woli można doświadczyć prawdziwych Chin. Od 1967 roku odwiedzam ten kraj regularnie, a cały 2005 i część 2006 spędziłem podróżując po kipiących życiem miastach i odległych zakamarkach gdzie dociera niewielu cudzoziemców. Nie twierdzę, że całkowicie znam Chiny – to niemożliwe. Pragnę tylko rejestrować wypowiedzi i spostrzeżenia kilku wyjątkowych Chińczyków, którzy przeważnie cierpią w milczeniu, podnosząc, kiedy tylko mogą, postulat budowy wolnego państwa – „normalnego państwa”.

Zanim nastąpiły totalitarne rządy Mao Ze-dong’a i jego bezpośrednich następców, nigdy w historii żaden naród nie był poddany tak ogromnemu nadzorowi. Chińczycy musieli nie tylko mówić podobnie, ale także myśleć jednakowo. Partia Komunistyczna kontrolowała każdą sferę życia prywatnego. W latach 60-tych starała się poddać setki miliony Chinczyków „narkozie”zmuszając ich do wielokrotnego bezmyślnego powtarzania tzw. sloganu dnia; przynajmniej jedna ze „złotych myśli” Mao musiała znaleźć się w rozmowie prywatnej. Dozwolonymi lekturami było tylko kilka podrzędnych książek, a osiem oper rewolucyjnych miało dostarczać rozrywkę. Umieszczone wszędzie gdzie tylko się dało – na placach, stacjach kolejowych, w fabrykach i biurach – głośniki nadawały od świtu do zmierzchu krzykliwą muzykę przez co rozmowa i myślenie stawały się niemożliwe. Państwo uwięziło i wymordowało niezliczoną liczbę swoich obywateli.

Oczywiście nastąpiły zmiany, i to na lepsze. Chiny nie są już państwem totalitarnym. Jednak 60 milionowa Partia Komunistyczna, może bardziej „subtelna”, jest nadal okrutna i wszechobecna. Kiedy spotkałem Ding Zilin w kawiarni „Złoty Karp” musiałem usiąść bardzo blisko, aby słyszeć co mówi; w Pekinie, prywatność jest tylko możliwa w takich miejscach. Ding Zilin uważała, że kawiarniany gwar i okrzyki krzątających się wokół kelnerek nie pozwolą agentom bezpieczeństwa, śleczącym każdy jej ruch, nagrać jej zwierzeń.

Zorganizowanie mojego spotkania ze skromną i wątłą 75 –letnią Ding Zilin, uznaną przez partię za wroga Chin (etykietka, którą partia przypina każdemu kto sprzeciwia się reżimowi), zajęło kilka miesięcy i wymagało pomocy wielu pośredników. Do 3-go czerwca 1989 Dai Zilin była jednym z wielu konformistycznie nastawionych profesorów na Uniwersytecie w Pekinie. Pamiętnej nocy 3 czerwca policja naszła jej dom zostawiając na podłodze przeszyte kulami ciało jej 17-letniego syna, Jiang’a Jielan.
Z ciekawości chłopak poszedł na Plac Niebiańskiego Spokoju, aby obserwować protestujących, którzy zabiegali o dialog z władzami. Świat wie jak Deng Xiaoping zareagował: rozkazał masakrę; pochłoneła ona życie 3000 osób, które w większości dopiero co przekroczyły próg dorosłości. Ding Zilin była jednym z niewielu rodziców, którzy odzyskali ciała swoich dzieci zabitych na Placu. Większość młodych zagineła bez śladu, a ich rodzice nigdy nie dowiedzieli się czy zgineli czy nie.

Tuż po masakrze, Ding Zilin i jej mąż (także profesor) przygotowali listę ofiar, chcąc w ten sposób upamiętnić zmarłych i zaginionych, a także pomóc rodzicom pogodzić się ze stratą. Wkrótce stracili pracę. Za każdym razem gdy Ding Zilin próbowała skontakotwać się z rodzinami ofiar, agenci bezpieczeństwa nękali ją i rodziny zabitych żadając, aby nigdy nie mówili o wydarzeniach 3 czerwca. Niektóre z rodzin tylko za stwierdzenie, że dziecko zagineło na Placu Niebiańskiego Spokoju zostały pozbawione podstawowych środków do życia. To dla nich Ding Zilin próbowała zebrać pieniądze wśród Chińczyków mieszkających zagranicą. Partia oskarżyła ją o przemyt i wsadziła za kratki.

W chwili obecnej zwolniona z więzienia Ding Zilin znajduje się pod nadzorem sądowym. Gdy próbuje się z nią skontaktować ktoś przybywający z zagranicy, to rządowe zbiry nie pozwalają jej wyjść z domu nawet przez kilka dni. Ale Ding Zilin nie poddaje się i walczy; stojąc na czele stowarzyszenia rodzin ofiar Tiananmen zdołała zebrać imiona i nazwiska 600 osób, które uważane są zmarłe i opublikować je ze zdjęciami (w przypadkach gdy były one dostępne) w Hong Kongu jako niepełny zapis okrucieństw i kłamstw stosowanych przez reżim w Chinach.

Mimo, że mineło już 18 lat, masakra na Placu Niebianskiego Spokoju jest nadal tabu w Chinach, o czym przekonał się Mao Yushi. W 2004 roku, ten poważany na świecie ekonomista wysłał petycje do rządu chińskiego podpisaną przez 100 intelektualistów. W petycji proszono (ton petycji był bardzo uprzejmy) o przeprosiny za wydarzenia na placu Tiananmen, co pomogłoby pogrzebać tragiczną przeszłość. Mao Yushi także stracił pracę na uniwersytecie, a z czasem zastosowano areszt domowy. Spotkałem go w jego domu pewnego deszczowego dnia; woda z podziurawionego dachu kapała do plastikowych misek – odmowa współpracy z partią miała swoje materialne konsekwecje. „Zapomniałem, że obecne władze nie różnią się od tych w 1989: oni się nie przyznają do błedów”, powiedział mi Mao.

Partia komunistyczna wykazuje nie mniej obłudy jeśli chodzi o AIDS. Najgorzej sytuacjia wygląda w prowincji Henan, gdzie duża liczba biednich chłopów zaraziła się AIDS w latach 90-tych; sprzedawali oni osocze krwi (handel kontrolowany przez członków partii); krew (już bez osocza) różnych dawców była mieszana, a następnie bez wykonania testu HIV dokonanywano reinfuzji – co jest najlepszym przepisem na masowe zakażenie. Setki tysięcy zakażonych AIDS w prowincji Henan umiera w wioskach bez jakiejkowiek opieki. Początkowo rząd zaprzeczał wszystkiemu i wstrzymał dostęp do rejonów dotkniętych AIDS (tak samo postąpiono w przypadku SARS)

Policja strzegła wstępu do zakażonych wiosek, a na nowej mapie prowincji Henan tych wiosek już po prostu nie było; tak jakby rozpłyneły się w powietrzu. Dopiero gdy sprawa dotarła do międzynarodowych mediów, partia zakazała handlu krwią i w końcu w 2000 roku przyznała, że istnieje problem AIDS w Chinach.

Nadal, pomimo licznych deklaracji pomocy, rząd jest bardziej przeszkodą. I tak na przykład kiedy Bill Clinton odwiedził Henan w 2005 roku i rozprowadzał lekarstwa przeciw AIDS ufundowane przez jego fundacje, partia uniemożliwiła mu odwiedzenie wiosek najbardziej dotknietych chorobą. Zamiast tego w stolicy Henan, Zengzhou, Clinton spotkał się z kilkoma sierotami zarażonymi AIDS i pozował do zdjęć; była to misternie przygotowana farsa: „Chiny z pomocą państw zachodnich stawiają czoła AIDS!” Świat zobaczył uśmiechniętego Clintona, ale nie tragedie prowincji Henan.

Gdyby Hu Jia był tylko przewodnikiem, wygladałoby to dużo gorzej. Hu Jia ma 30 lat, ale różne formy działalności wywrotowej odbiły się na jego kościstych barkach i zdrowiu. Ten demokrata, praktykujący buddysta jest wiernym naśladowcą Dalaj Lamy i zwolennikiem niepodległości Tybetu. W 2004 roku rzucił studia medyczne, aby móc opiekować się chorymi w prowincji Henan. Przywiózł im zebrane w Pekinie ubrania, troche pieniedzy i żywność.

Kilka miesięcy po wizycie Clintona, towarzyszyłem Hu Jia w wyprawie do jednej z tych wiosek, ktorych Clinton nie mógł odwiedzić - Nandawu (3500 mieszkańców). Policyjny punkt kontroli strzegł wstępu, ale cudzoziemcy mogli się z łatwością przedostać ukrywając się pod brezentem na przyczepie dołączonej do traktora. Kiedy już udało mi się dotrzeć do wioski, ze strony policji nie groziło mi żadne niebezpieczeńtwo: za bardzo obawiali się AIDS, aby zapuścić się w te rejony. Nigdy nie zapomnę tego co zobaczyłem w Nandawu. Chorobą dotknęła przynajmniej 80% rodzin; w każdym domu, w każdej chałupie do jakiej weszliśmy leżał umierjący kaleka. Większość cierpiących nie miała żadnych lekarstw. Jedna z kobiet próbowała podłaczyć swojego męża do kroplówki. Przykuty do łóżka od dwóch lat, miał całe ciało pokryte ranami. Kobieta nie bardzo sobie radziła i zraniła męża. Co jest w butelce? Nie wiedziała. Na etykietce napisane było glukoza. Dlaczego to robiła? „Widziałam w szpitalu i w telewizji, że chorym podłącza się kroplówkę”

Wkrótce, tylko sieroty ostaną się w Nandawu. Żadna szkoła ich nie przyjmie – nauczyciele nie zgadzają sie na obecnośc tych dzieci. Organizacja charytatywna prowadzona przez młodego demokratę z Pekinu, Li Dan’a, próbowała założyć szkołę dla sierot chorych na AIDS, ale władze ją zamknęły. „Te sieroty dotkliwie przypominają o tym, co partia chciałaby wymazać z pamięci ludzi”, powiedział Li Dan.

Tak długo jak mój przewodnik Hu Jia pracował sam pomagając chorym, partia nie ingerowała. Jednak Hu zaczął rozprowadzać ulotki, rozwieszać plakaty i zadawać niewygodne pytania władzom prowincji Henan. A nawet gorzej, zachęcał chorych i ich rodziny, aby się zorganizowali. Partia może czasami tolerować odizolowane przypadki sprzeciwu, ale gdy w grę wchodzą „nieautoryzowane” stowarzyszenia, należy to zmiażdzyć. Kilka miesięcy temu Hu Jia znalazł się w areszcie domowym w Pekinie. Tylko dzięki swojej żonie może się porozumiewać ze światem zewnętrznym. Gdy próbuje umieścić wiadomość w Internecie, oprogramowanie Wydziału Propagandy natychmiast ją usuwa.

Do tej pory młody pisarz z Pekinu, Yu Jie, znany z dość liberalnych poglądów, nie podzilił jeszcze losu Hu Jia; jedyne co go spotkało to przesłuchania. I to pomimo opublikowania w wychodzącym w Hong Kongu magazynie artykułów o prawdziwym obliczu Mao Zedong’a; mordercze rządy Mao to następny temat tabu w Chinach: „Niewiarygodne, że Igrzyska Olimpijskie, jeden z wyznaczników cywilizacji, odbędą się w Pekinie, w którego centrum leżą zwłoki mordercy” (mauzoleum Mao nadal znajduje się na głównym placu w Pekinie). Słowa Yu rozeszły się jak ogień po całych Chinach dzięki Internetowi.

Yu Jie, okularnik o niewinnym, dziecięcym wyglądzie, zupełnie nie przypomina osoby, która mógłaby stanowić zagrożenie dla partii: jest chodzącym swoimi ścieżkami intelektualistą, nie zrzeszonym w żadnej organizacji. Do tej pory partia okazała mu swoją „łaskawość”, tolerując jego działalność; prawdopodobnie ze względu na związki Yu z amerykańskimi organizacjami chrześcijańskimi; Yu Jie i jego piękna żona należą do grupy nowo-nawróconych ewangelistów; około 40 milionów z nich zbiera się w domach (pełnią one fukcje kościołów) na modlitwach, spotkaniach biblijnych; są dysktretnie wspierani przez kościoły w Stanach i nieskrępowani kontrolą rządu. Władzom chinskim w niesmak byłyby protesty amerykańskich chrześcijan, które mogłyby zepsuć wizerunek Chin w trakcie Igrzysk w w 2008 roku. Tak więc na razie władze trzymają ręce z dala od Yu Jie. On sam zdaje sobie z tego sprawę: „Do czasu olimpiady jestem bezpieczny. Ale po, kto wie?”

Poza Pekinem partia, pamietając o chińskich dynastiach obalonych przez mistyczne rewolty, bezwzględnie represjonuje wszelkie nieusankcjonowane ruchy religijne. Władze zdziesiątkowały ruch Falun Gong, buddyjską sektę, której przywódca mieszka na wygnaniu w USA. Członkowie Falun Gong w ChRL gniją w więzieniach i ośrodkach reedukacji.

Dzisiejsi dysydenci nie wydają się stwarzać wielkiego zagrożenia dla partii: nikt z nich nie głosi haseł obalenia rządu. Nie można ich porównywać z chińskimi dysydentami na uchodźstwie np. z Wuer Kaixi (jeden z przywódców rewolty na Placy Niebiańskiego Spokoju) czy z Wei Jinshengiem’iem (bohater akcji Ściana Demokracji w 1979 roku). Dlaczego więc władze marnują czas i wysiłek na ich inwigilowanie. Otóż partia komunistyczna zdaje sobi sprawę, że działalność dysydentów, jakkolwiek ograniczona i wydawałoby się niegroźna, jest oznaką ze wśród społeczeństwa chińskiego żywe jest pragnienie wolności i prawdy – pragnienie, które może stanowić zagrożenie dla przyszłości partii.

Przyglądając się róźnym formą politycznych protestów często nie zwraca się uwagę na „ruch oporu” jaki wytworzył się w kulturze masowej. To tu coraz głebiej uwydatnia się rosnące napięcie pomiędzy ideologią partii komunistycznej a odczuciami społeczeństwa. Kultury zachodnie, japońska i płd. koreańska cieszą się ogromnym zainteresowanim w całych Chinach; ta fascynacja może zachwiać porządek ustanowiony przez partię. W Chinach jest 123 milionów użytkowników Internetu z czego 30 milionów to blogerzy. Zmagania młodych Internautówi z cenzorami, aby wejść na zagraniczne strony internetowe przypominają zabawę w kotka i myszkę; tu trzeba jednak zaznaczyć, że to co „napędza” młodzież do potyczek z cenzurą to nie cele polityczne, ale chęć popisania się i odniesionego sukcesu.

Jak każdy, Chińczycy uwielbiają oglądać telewizję i to pomimo wszechobecnej w niej cenzury i propagandy. Jednym z ulubionych programów jest tutejsza wersja amerykańskiego hitu „American Idol”; w Chinach nosi on nazwę „Super Dziewczyna” i jest produkowany przez firmę prywatną. W 2005 roku zwyciężczynią konkursu była panna Li, 20-latka nosząca punkową fryzurę, sportowe dzinsy, czarną podkoszulkę – modę zainspirowaną przez grupy muzyczne z Korei Płd. Li wygrała otrzymawszy 4 milionów głósów przesłanych SMS-ami. Ponad 400 milionów (więcej niż ludność USA) widzów oglądało finał programu.

Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, ale tu chodzi o Chiny; zaskoczona Partia Komunistyczna poddała ostrej krytyce pannę Li za śpiewanie po angielsku i hiszpańsku, a nie po chińsku i za strój, który nie pasował do oficjalnego stylu prezentowanego w telewizji publicznej. Felietonista „China Daily”, organu prasowego KPChL zinterpretował zwycięstwo panny Li jako bunt przeciwko istniejacemu porządkowi i dalej wnioskował, że „panna Li została wybrana, ale był to zły wybór dokonany przez obywateli. Oto do czego dochodzi gdy masy nie są gotowe na przyjęcie demokrację.”

Bunty rolników są inną forma demonstracji pragnienia wolności – pragnienia, który szczególnie martwi władze. Chińska wieś to zupełnie odmienny świat, ogromny i tajemniczy nawet dla chińskich mieszczuchów, którzy przybywają tu tylko, aby odwiedzić groby swoich przodków. Podróż do wioski przypomina podróż w czasie: przed naszymi oczami wyłaniają się stare Chiny, nowoczesność znika. Pojawia się problem komunikacji: mieszkańcy wsi mówią tylko w lokalnych dialektach i zupełnie nie znają języka państwowego (języka mandaryńskiego), mimo że telewizja stara się niwelować wszelkie róźnice kulturowe i językowe stwarzając obraz jednolitego narodu.

Odwiedziłem wiele chińskich wiosek i wszędzie spotykałem chłopów, którzy odczuwają bezradność i złość gdy mają do czynienia z komunistycznymi władzami. Kiedy pod koniec 2006 przybyłem do jednej z wiosek w centrum prowincji Shaanxi (po 40 godzinnej podróży z Pekinu pociągiem i traktorem) nie zlalazłem żadnych śladów rewolty, która wydarzyła się miesiąc wcześniej. Wtedy to reporterzy z Hong Kongu otrzymawszy wiadomość SMS przybyli na miejsce wydarzeń i zarejstowali brutalne starcie policji z mieszkańcami wsi; byli ranni a nawet zabici, których ciała policja szybko i dyskretnie usuneła. Gdy przyjechałem do wioski otrzymałem zakwaterownie w domu „milczącej wdowy” , która żywiła mnie orzechami włoskimi – idealnymi, jak twierdziła, dla parających się pracą umysłową; ziarno orzecha włoskiego wygląda jak mózg; tradycyjna medycyna chińska często opiera się na takich aproksymacjach form.

Starałem się zdobyć jakieś informacje na temat przyczyn buntu; więcej wyjawiły mi dzieci niż dorośli. We wsi była zniszczona szkoła, bez ogrzewania, kredy i nauczyciela. Szkolnictwo jest przymusowe i bezpłatne w Chinach, ale sekretarz partyjny, miejscowy bozna, kazał rodzicom płacić za ogrzewanie i kredę. Po jakimś czasie z miasta przybył nauczyciel, który stwierdził, że pensja jest niewspółmierna do jego kwalifikacji i zażądał od rodziców podwyżki. Połowa rodziców, ci zamoźniejsi, zgodzili się; biedniejsi rodzice odmówili; doszło do bijatyki pomiędzy obiema grupami, a nauczyciel uciekł; sekretarz Partii próbował interweniować; zlinczowano go, a siedzibę partii splądrowano. Wtedy do akcji wkroczyła policja; użyto pałek i broni palnej. Szkołę ponownie otwarto, a nauczyciela zastąpił jeden zmieszkańców wsi, który potrafi czytać i pisać, ale „nic poza tym” jak sam przyznał.

Według danych rządowych rocznie dochodzi w Chinach do 60 tysięcy nielegalnych, „masowych wystąpień”; bez wątpienia jest to liczba zaniżona i według ekspertów przekracza 150 tys. I ciągle wzrasta.
Wystąpienia są sporadyczne i niezaplanowane. Są wyrazem rozpaczy rolników wobec wizji ponurej przyszłości jaka czeka ich i ich dzieci. Być może rozwiązaniem jest emigracja do miast, ale tu znalezienie stałej pracy nie jest łatwe. Potrzeba różnego rodzaju pozwoleń, a jedynym sposobem na ich zdobycie jest przekupienie urzędników. Los rolników-migrantów (jest ich w Chinach w tej chwili 200 mln) to ciągłe przemieszczanie się z jednego miejsca pracy na drugie, aby tylko zarabić parę groszy- jeśli wogóle dostanie się zapłatę. Migranci z reguły nie otrzymują pozwolenia na przeprowadzkę z rodziną, a nawet gdyby je otrzymali to uzyskanie kwaterunku czy załatwienie szkoły dla dzieci byłoby niemożliwe. Los mieszkańców Chin zależy od tego gdzie się urodzili. Urodzony w Szanghaju jest „arystokratą”, ma prawo do zakwaterowani i szkoły w Szanghaju. Urodzony na wsi może tylko chodzic do szkoły wiejskiej; no chyba, że zostanie przyjęty na uniwersytet, co wśród mieszkańców wsi zdarza się sporadycznie.

Moja „milcząca” gospodyni, z czasem zaczeła mówić więcej. Jej mąż wyjechał rok temu ma wschód w poszukiwaniu pracy. Nigdy nie wrócił. Zaginął. Chciałaby wiedzieć co się z nim stało, ale kogo zapytać? Mieszkańcy wsi nie mają nikogo do kogo mogliby się zwrócić o pomoc – z pewnością nie do sekretrza partii. „On z nami nie rozmawia”, powiedziała, „Pochodzi z miasta. Nie mówi naszym dialektem i gardzi nami”.

Brak sprzętu medycznego to inny powód częstych narzekań rolników. Podróż do najbliższego szpitala rejonowego trwa 5 godzin, a opłata przy rejestracji wynosi 600 yuanów (ok. 218 PLN), co jest niebotyczną sumą dla rolnika, a do tego dochodzą jeszcze opłata dla lekarza i za lekarstwa. „Kiedy jesteśmy chorzy, nie zawracamy sobie głowy leczeniem” mówi moja gospodyni. „Ale chcielibyśmy przynieść ulgę w cierpieniu osobom straszym”.

Nienawiść mieszkańców wsi skierowana jest jednak nie tyle wobec miejscowego sekretarza partii, co wobec urzędników odpowiedzialnych za planowanie rodziny. Aby wprowadzać założenia polityki „jednego dziecka w rodzinie” (w niektórych prowincjach można mieć dwoje jeśli pierwszym dzieckiem jest dziewczynka), urzędnicy bacznie kontrolują kobiety w ciąży, często dopuszczając się przemocy. W 2005 roku grupa odpowiedzialna za politykę planowania rodziny celem swoich działań objeła miasto Linyi i okolice (prowincja Shandong). Liczba ludności w tym rejonie znacznie przekroczyła parytyjne wyznaczniki. Grupa porwała 17 tys kobiet; na tych, które były w ciąży dokonano aborcji – w niektórych przypadkach zanurzając 7-mio lub 8-mio miesięczny płód we wrzącej wodzie. Pozostałe kobiety poddano sterylizacji. Mężczyżni, którzy nie chcieli wyjawić miejsca kryjówki swoich żon i córek byli torturowani.

Ten koszmarny epizod, do którego Pekin się przyznał, nie byłby zauważony gdyby nie kolejna wiadomość wysłana do dziennikarza z Hong Kongu; w końcu historię opisała także prasa amerykańska. Człowiek, który wyjawił to, co się stało w Linyi – co jest aktem heroizmu - to młody, niewidomy rolnik: Chen Guangcheng – samouk, zwany „bosym prawnikiem”. Spotkałem się z nim niedaleko Linyi, gdzie jescze niedawno był więziony przez partię. Chen powiedział, że prawo dotyczące planowania rodziny zabrania stosowania przymusu (co jednak jest nagminne); tak więc to co wydarzyło się w Linyi było złamaniem prawa ustanowionego przez władze. Mówiąc o nadużyciach Chen używał tylko argumentów prawnych. W zamian za powoływanie się na istniejące prawo, Chen został skazany na 51 miesięcy więzienia za podżeganie do dezorganizowania ruchu drogowego w Linyi. Proces sądowy i zarzuty były czystą kpiną z prawa.

Drakońska „polityka jednego dziecka” zastopowała wzrost ludności w Chinach, choć nie do tego stopnia jak wskazują oficjalne statystyki; preferowanie chłopców sprawiło, że aborcja stała się powszechna i naruszona została na niebywała skalę równowaga płci – na 100 dziewczynek rodzi się 120 chłopców. Ta róźnica może w przyszłości doprowadzić do konfliktów wśród młodzieży: chłopcy bedą konkurować o względy ograniczonej liczby dziewcząt. Wprowadzona siłą polityka kontroli urodzeń przeniesie wzrost starszej populacji. Kto będzie opiekował się bezdzietnymi, starszymi ludźmi? Biedny kraj, jakim są Chiny, nie jest zupełnie przygotowany na nadchodzący kryzys.

Czy gospodarczy rozwój Chin, przez niektórych określany jako „cud”, będzie w stanie zatrzymać falę niezadowolenia jaka przetacza się przez kraj. „Gospodarczy rozwój Chin wcale nie jest cudem, ale katastrofą”, stwierdza poddany aresztowi domowemu ekonomista, Mao Yushi, zwolennik wolnego rynku. Czyż nie cieszy się ze spektakularnego 10% rocznego wrostu gospodarczego? Być może – gdyby miał gwarancje, że te dane są precyzyjne. Ale tak długo jak statystyki przygotowywane są przez partię komunistyczną, trudno mówić o ich prawdziwości.

Według Mao wzrost wynosi ok 8%. Jest to korzystny wskaźnik, ale jak zwróciłem mu uwagę, nie jest to więcej niż osiągneły Japonia czy Korea Płd w okresie wzlotu gospodarczego. „Tak”, odpowiada Mao, „więc trudno nazwać to cudem”. Co więcej w tych 8% nie uwzględniono ogromnego zniszczenia środowiska do jakiego doprowadził szybki rozwój Chin.

Mao Yushi zdaje sobie sprawę, że rozwój to koncentracja na rejonach wielkomiejskich i wzrost zanieczyszczenia środowiska. Ale kwestionuje niekontrolowaną brutalność rządu. Obecny wzrost nie może trwać wiecznie; przeszkodą będą zasoby naturalne: niedobór energii, surowców, wody. Chiny mogą importować energię czy surowce, ale z wodą będzie już wkrótce problem. Rząd chiński nie uważa inwestowania w oczyszczalnie za praktyczne; już teraz setki milionów Chińczyków nie mają dostepu do wody pitnej w wyniku czego wielu umiera.

„Wiele z towarów produkowanych przez Chiny jest bezwartościowych”, przypomina Mao Yushi, „zwłaszcza te produkowane przez zakłady państwowe”. Około 100 tys. tego rodzaju firm jest zarządzanych w starym maoistowskim stylu, wytwarzając masowo podrzędne produkty tylko dlatego, aby wypełniać normy wyznaczone przez partię i aby zapewnić zatrudnienie; to nie ma nic wspólnego z popytem. W większości firm państwowych nie stosuje się procedur rachunkowości więc trudno określić ich dochodowość. „W Chinach nie ma gospodarki rynkowej”, mówi Mao dosadnie.

Partia dostarcza bankom listę ludzi, którym można przydzielić pożyczki; często decydują przesłanki polityczne i osobiste, a nie ekonomiczne. W wielu przypadkach banki nie żądają spłaty. Względy polityczne, a nie prawo rynku, decydują o inwestycjach, co jest główną skazą systemu gospodarczego Chin, i przyczyniło się w jakimś stopniu, według Mao Yushi, do istnienia dużej ilości pustych budynków biurowych, rzadko eksploatowanych lotnisk, czy bezrobocia, które wynosi raczej około 20% a nie jak podaje partia 3.5%.

Bezrobocie dotyka nie tylko zubożałych migrantów (tych nie liczą rządowe dane statystyczne i dlatego oficjalne bezrobocie jest tak niskie). Dwie trzecie inżynierów w Chinach nie może znaleźć pracy odpowiadającej ich kwalifikacjom, nawet 3 lata po ukończeniu uczelni. To odzwierciedla dość prymitywny charakter rozwoju Chin - rozwoju opartego na masowym zatrudnieniu niewykwalifikowanej siły roboczej i brak rozwoju kapitału ludzkiego, tak jak to miało miejsce w Japonii, Korei Płd. i innych „tygrysach” azjatyckich w okresie dochodzenia do dobrobytu. Chyba nie jest zaskakujące, że tak wielu chińskich inżynierów wyjeżdza do Stanów i Kanady.

Czyż rozwój nie wytworzył klasy średniej, która to da bodżiec, i w końcu doprowadzi do, większej politycznej wolności? Wiele osób na zachodzie, pamietając o Korei Płd., wierzy w to. Mao Yushi nie jest tego pewny. W przypadku Chin mamy do czynienia, jak to Mao nazywa,z klasą „parweniuszy”, których siła nabywcza zależy od stopnia ich „zbliżenia” do partii a nie wykształcenia czy zdolności managerskich. Z wyjątkiem kilku autentycznych przedsiębiorców, parweniusze pracują w armii, administracji publicznej i przedsiębiorstwach państwowych oraz dla firm rzekomo prywatnych, ale w rzeczywistości należących do partii. To partia opłaca parweniuszom importowane samochodów, telefony komórkowe, rachunki w restauracjach, „usługi towarzyskie”, „podróże naukowe”, czy obfite wydatki w kasynach w Las Vegas. I to partia może pozbawić ich tych korzyści w każdej chwili.

W marcu rząd chinski ogłosił, przy fanfarach mediów zachodnich, że planuje wprowadzić regulacje dot. własności indywidualnej. Należy jednak uświadomić sobie, że z dobrodziejstw tej „reformy” będą korzystać parweniusze, ale już nie chłopi (uprawiana przez nich ziemia będzie nadal należała do państwa). Parweniusze będą mogli teraz przekazywać swoim dzieciom to, co zdobyli dzięki swoim koneksjom partyjnym – raczej trudno, aby w tej sytuacji dążyli do demokratyzacji państwa; wiązałoby się to z naruszenime ich pozycji.

Żona MaoYushi podała nam herbatę; ceremoniał picia herbaty jest dla mnie męką, bo nigdy nie nauczyłem się jak pić ten gorący napój bez połykania liści unoszących się na powierzchni. Przez okno zauważyłem policjantów maszerujących wokół obskurnego budynku, w którym mieszka 80-letni Mao i jego żona. Wpuszczono mnie bez jakichkolwiek pytań. Prawdopodobnie zrobiono mi jednak zdjęcie. Niczego nie ryzykuje; jestem przecież Francuzem, a stosunki Chin i Francji rozwijają się bardzo dobrze. To Chińczycy muszą obawiać się swojego rządu, nie cudzoziemcy. Kiedykolwiek spotykam ludzi takich jak Mao Yushi zastanawiam się czy utrudniam im życie. Mao mówi mi abym się nie martwił: odrobina uznania zagranicą może uratować dysydenta przed bardziej brutalnymi represjami.

Pekin nie jest zupełnie pozbawiony wrażliwości na krytykę płynącą z zagranicy. Komunisci desperacko potrzebują uznania prawowitości ich władzy przez zachód. Gdyby zachodni konsumenci i inwestorzy przestali być zainteresowani Chinami, gospodarka Państwa Środka by upadła, co byłoby prawdopodobnie końcem Partii. Dlatego też Departament Propagandy, dzięki pomocy dużej ilości specjalistów od public relations i emisariuszy o wyrażnym zabarwieniu politycznym, robi co może i zabiega o względy zagranicznych krytyków. Gruboskórne metody stosowane przez maoistowskie Chiny należą do przeszłośći.

„Jak śmiesz zaprzeczać sukcesowi jaki osiągnęły Chiny, stabilności społecznej, wzrostowi ekonomicznemu, odrodzeniu kulturalnemu?”, zapytał mnie w Paryżu Yan Yfan (pseudonim). Yan to naukowiec będący na liście płac jednej z fundacji z Pekinu, w rzeczywistości dobudówki partyjnej; otrzymał zadanie „rozpracowania” mnie. Odpowiadam, że polityczne i religijne opresje, cenzura, głęboko zakorzeniona bieda na wsi, wszechobecna korupcja są tak samo realne jak wzrost gospodarczy. „To o czym mówisz jest prawdą ale dotyczy tylko mniejszości”, zapewnia mnie Yan.

Cóż, nic nie wskazuje na to, że tak zwana mniejszośc – 1 miliard!!!! ludzi – stanie się zintegrowaną częścią nowoczesnych Chin. Bardzo możliwe, nawet jeśli członkowie partii będą się bogacić, to ta „mniejszość” pozostanie biedna ponieważ nie ma żadnego wpływu na swój los. Yu Yfan chce wskazać na mój bład w rozumowaniu: „Zupełnie nie wierzysz w zdolności Partii, nie wierzysz, że może ona rozwiązać problemy o których wspomniałeś”. Ma rację: nie wierzę.

Starając się przewidzieć przyszłość Chin należy być bardzo ostrożnym. W ostatnim wieku nagłe zwroty sytuacji w Chinach często wprowadzały nas w zdziwienie. Badacz Chin Andrew Nathan sugeruje kilka scenariuszy: rewolucja (ale nie koniecznie demokratyczna), ekonomiczne bankructwo (władze przejmie reżim wojskowy), stopniowa liberalizacja (mało prawdopodobne) lub utrzymanie stanu obecnego. Według mnie utrzyma sie status quo, przynajmniej na razie jako, że Chińczycy obawiają się nowych politycznych rozruchów.

Oczywiście jest także możliwy jakiś inny, trudny do przewidzenia, piąty scenariusz. Jednak wszyscy ci którzy myślą, że przyszłość należy do Chin, powinni to sobie dobrze przemyśleć.
Tłum. Hanna Shen
Aleksandra 
[avatar ukryty]
Wysłany: 08-04-13, 23:26   

http://img220.imageshack....78ada7ecuq7.jpg

006034fc78ada7ecuq7.jpg
Plik ściągnięto 6427 raz(y) 95 KB

igor 
Site Admin

Wysłany: 08-04-23, 22:29   

MarS podesłał (w sumie nie wiem czemu nie wrzucił ;P )

[quote]Cytat:

----- Original Message -----
From: Darek
To: osho-pl@yahoogroups.com
Sent: Thursday, April 17, 2008 11:59 AM
Subject: [osho-pl] Fw: FW: przemycone z Tybetu

Moi drodzy
przesylam Wam zdjecie przemycone z Tybetu, z Lhasy, Przedstawia milicjantow chinskich na zbiorce przed akcja. Wszyscy maja ogolone glowy (jak mnisi) i maja w rekach szaty mnichow, ktore ubiora zaraz na owa akcje, by przeistoczyc sie w "tybetanskich terrorystow" wszczynajacych niepokoje i rozboje.

Wiem, ze wiekszosc z nas i tak nie wierzy w to, co wygaduje rzad chinski, ale takie zdjecia sprawiaja, ze inaczej sie slucha ich kolejnych klamstw.
Jak chcecie pomoc troche Tybetanczykom to rozeslijcie to dalej ;-)

pozdrawam
jeszcze ciagle z Nepalu
[/quote]


image001.jpg
Plik ściągnięto 6262 raz(y) 76,34 KB

igor 
Site Admin

Wysłany: 08-04-23, 22:39   

Chińskie narzędzia tortur
http://www.gazetawyborcza.pl/1,75480,5134837.html

relacje na podstawie materiałów Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka: www.hfhrpol.waw.pl/Tybet

Noc w noc prześladują mnie koszmary. Jestem w maleńkiej celi i trzęsę się ze strachu, że zaraz po mnie przyjdą i znów zacznie się bicie

Rząd Tybetu na wychodźstwie podaje, że od początku chińskiej okupacji Tybetu od tortur zmarło blisko 180 tysięcy Tybetańczyków. Do lat 70. na thamzingach, czyli "wiecach walki klas", które często kończyły się zatłuczeniem więźnia, zamęczono 93 tysiące osób, zaś samobójstwa (także w więzieniach i aresztach), nie wytrzymując tortur, popełniło 9 tysięcy.

Po wizycie w Chinach w 2005 roku specjalny sprawozdawca ONZ ds. tortur stwierdził, że praktyka stosowania tortur ma w Chinach "charakter powszechny".

Tortury i okrutne traktowanie stosowane są na wszystkich etapach uwięzienia. Na komisariatach policji rutynowo bije się w celu wymuszenia zeznań i zastraszenia. Policjanci przede wszystkim biją i rażą elektrycznymi pałkami. W aresztach śledczych funkcjonariusze są szkoleni, jak stosować tortury. Biją po nerkach, stawach, łokciach. Trzymają więźniów w nienaturalnych pozycjach, np. z rękami skutymi na plecach kajdankami zaciskającymi się przy każdym ruchu. Albo na klęczkach, z brodą opartą na poręczy krzesła.

Mniszki są gwałcone za pomocą elektrycznych pałek.

W więzieniach torturą jest przede wszystkim praca ponad siły przy skromnych racjach żywnościowych. Więźniowie polityczni są poniżani. Mnichów zmusza się do profanowania świętych przedmiotów (np. fekalia wydobywają z dołów kloacznych, zawijając je w thanki - święte obrazy). Wszelkie formy oporu kończą się wielogodzinnymi biciem i wtrącaniem do karceru.

Więźniów używa się też do celów pseudomedycznych. Pobiera się im - bez znieczulenia - płyny ustrojowe, np. płyn mózgowo-rdzeniowy, żółć i krew, w ilościach zagrażających życiu.

Relacje o torturach pochodzą przede wszystkim od więźniów, którym po zwolnieniu udało się wydostać Chin.

W Indiach, gdzie trafia najwięcej tybetańskich uchodźców, działa ośrodek dla ofiar tortur, w którym udziela się im pomocy medycznej, ale przede wszystkim psychologicznej. Niektórzy nie są w stanie żyć, mając w pamięci poniżenie, jakiego doznali. Szczególnie dotyczy to regularnie gwałconych mniszek, które nie czują się godne, by wrócić do zakonnego życia.

W 1992 roku Palden Gjaco, mnich, który w chińskich więzieniach spędził 33 lata, przemycił do Indii narzędzia tortur. Pokazano je na sesji Komitetu Praw Człowieka ONZ w Genewie.

Ngałang Sangdrol

mniszka, przesiedziała w więzieniach 12 lat. Pierwszy raz do aresztu trafiła, mając 13 lat. Wyrok za udział w niepodległościowej manifestacji był wielokrotnie podwyższany za akty nieposłuszeństwa w więzieniu - w sumie do 21,5 roku. Uwolniono ją w 2003 roku na skutek nacisku międzynarodowej opinii publicznej. Dostała azyl w USA:

W areszcie poddano nas wielogodzinnemu brutalnemu przesłuchaniu. Strażnicy powiedzieli, że jesteśmy "kontrrewolucjonistkami", które usiłują oderwać Tybet od Chin. Śledczy bili nas żelaznymi rurkami i pałkami elektrycznymi. Przyczepiali druty, pod prądem, do języków. Zawieszali za wykręcone, związane na plecach ramiona. Nazywają to samolotem. Bardzo boli. Miałam wrażenie, że wyrwą mi ręce.

Zawsze byłyśmy głodne, a w nocy zziębnięte.

Kazano nam stać bez ruchu w palących promieniach słońca lub na mrozie i bito, gdy upadałyśmy z gorąca lub wyczerpania. Kazano nam ścigać się dla rozrywki strażników; rzucano w nas kamieniami i bito, kiedy biegłyśmy zbyt wolno lub pomyliłyśmy słowa chińskich piosenek, do których śpiewania nas zmuszano. Tygodniami byłam więziona w karcerze, ponieważ nie godziłam się z kłamstwami i karami moich oprawców.

Tortury i maltretowanie zaczęły się, gdy byłam 13-letnim dzieckiem, i trwały przez większą część mego pobytu w więzieniu.

Najgorsze jest to, że nigdy nie wiesz, co się stanie - czy cię dziś będą bili, jak i kiedy. Nie wiadomo, co strażnikom przyjdzie do głowy. Tych pomysłów więźniowie boją się najbardziej. Poza tym - codzienna praca. Normy są tak wyśrubowane, że zaharowujesz się na śmierć. W Drapczi pracowałyśmy w szklarni. Jest tam tak koszmarnie gorąco, że pocisz się, zanim wejdziesz. Stosuje się środki owadobójcze. Wdychamy wszystkie te opary. Mamy je w gardle, w nosie, w oczach. Do tego koszmarny smród. Nawozi się ludzkim kałem, który trzeba wybierać z dołów kloacznych. Jedna więźniarka wchodzi do takiego dołu, wybiera kał rękami, napełnia wiadro i podaje drugiej. Ma go wszędzie: na twarzy, we włosach, w ustach.

Ama Adhi

28 lat w więzieniach i obozach pracy za organizowanie ruchu oporu. Niemal cała jej rodzina zginęła od tortur lub głodu. Jej kilkuletni synek popełnił samobójstwo:

Przesłuchiwano mnie co najmniej raz na tydzień. Najgorsze było wbijanie bambusowych drzazg pod paznokcie. Do końca, aż wyszły u nasady. Zawsze ranili ten sam palec, który zmienił się w otwartą, ropiejącą ranę. Na thamzingach obowiązywała prosta zasada: do bicia i lżenia ofiar zmuszano najbliższych - krewnych, przyjaciół. Do mnie "wydelegowano" Ugjena, naszego starego służącego, i pewną kobietę.

- Nie podoba ci się Komunistyczna Partia Chin! Jesteś kontrrewolucjonistką! Śmierdzącą szumowiną reakcji! Teraz, szmato, już wiesz, kto jest górą. Wy czy Komunistyczna Partia Chin. Wtrącili cię za kraty, ale nadal masz czelność podnosić głowę i gapić się na ludzi! Do tej pory patrzyłaś na świat dwojgiem oczu. Ale dziś jedno ci odbierzemy. Będziesz ślepa!

I zaczęła mnie bić w prawe oko. Nie wiem, czy miała w ręku kamień, ale po chwili byłam tak opuchnięta, że nie mogłam podnieść powieki.

Kilka dni później wywołano mnie z celi i położono na kark deskę z jakimś napisem po chińsku. Pomyślałam, że nadszedł mój czas. Byłam tak wycieńczona i obolała, że myśl o szybkiej śmierci nie budziła we mnie strachu. Nagle usłyszałam hałas, odwróciłam głowę i zobaczyłam mojego szwagra Pemę Gjalcena. On też miał deskę na szyi. Kiedy nasze oczy się spotkały, uśmiechnął się do mnie. Zauważyłam, że jego napis jest czerwony, podczas gdy mój był czarny. Wyprowadzono nas z więzienia do oddalonych o kilometr koszar. Żołnierze już czekali.

Pemie Gjalcenowi i mnie kazano uklęknąć. Był związany w ten straszny sposób - wyłamujący ręce ze stawów i niepozwalający oddychać. Rozległy się dwa wystrzały. Jego krew i mózg bryznęły na mnie.

- Patrz, patrz na niego! - wrzasnął Chińczyk.

Z głośników popłynęła wesoła muzyka.

Palden Gjaco

75-letni mnich, 33 lata w więzieniu. W 1992 roku, uciekając do Indii, przemycił narzędzia tortur, które pokazał, zeznając w 1995 roku przed Komisją Praw Człowieka ONZ w Genewie:

Zakuto mnie w kajdany; kopano i bito pałką nabijaną gwoździami. Kiedy śledztwo się skończyło, przewieziono mnie z powrotem do Panamu, gdzie miałem odsiedzieć siedmioletni wyrok. Przez pierwszych osiem miesięcy miałem skute ręce i nogi. Potem zapytano mnie, czy "zmieniłem już postawę" i jestem gotów do pracy. Odpowiedziałem, że mogę pracować. Zdjęto mi kajdany z rąk i przeniesiono do więziennego warsztatu, w którym wyrabialiśmy dywany. Kajdany z nóg zdjęto nam dopiero po dwóch latach.

Brakowało jedzenia. Moczyłem w wodzie swoje buty i zjadałem je po kawałku.

W dniu egzekucji na szyjach skazanych wieszano ciężkie drewniane tablice z napisami w języku chińskim. Potem wrzucano ich na ciężarówkę jak kamienie i wieziono do więzienia w Drapczi. Reszta więźniów jechała w innych ciężarówkach. Na miejscu skazanych zmuszano do uklęknięcia na krawędzi wykopanego dołu i wysłuchania listy popełnionych "zbrodni". A potem zabijano ich kolejno strzałem w plecy. My musieliśmy na to patrzeć. Po każdym strzale trzeba było klaskać, żeby pokazać, że cieszymy się z egzekucji.

18 moich przyjaciół popełniło samobójstwo. Większość wybiegała po prostu na szosę i rzucała się pod ciężarówki.

Najczęściej torturowano nas długimi elektrycznymi pałkami. Niektórzy oficerowie bili nas przeciwśnieżnymi łańcuchami na koła.

13 października 1990 roku zabrano mnie na przesłuchanie. Czekał na mnie Paldzior, słynący z okrucieństwa śledczy. Wstał i zapytał cicho: "Nadal chcesz niepodległości?". Milczałem. Chwycił elektryczną pałkę i wcisnął mi ją w usta. Odzyskałem przytomność po kilku godzinach. Leżałem w kałuży wymiocin i moczu. Straciłem 20 zębów. Te, które zostały, wypadły po kilku tygodniach.

Miesiąc przed zwolnieniem skontaktowałem się z tybetańskimi urzędnikami, którym mogłem zaufać, prosząc ich o kupienie od Chińczyków kilku narzędzi tortur używanych w więzieniu. Kiedy wyszedłem z więzienia, przedmioty te czekały na mnie w domu przyjaciela. Na ich zakup złożyło się kilkunastu Tybetańczyków, którzy wierzyli, że pokazanie ich światu jest ważne. Jedna pałka elektryczna kosztowała ok. 800 juanów - trzy średnie pensje.

Phuncog Łangczuk

5 lat w więzieniu, aresztowany w 1994 roku za wieszanie plakatów niepodległościowych:

Czasami strażnicy kazali nam skandować hasła - o walce z separatyzmem, wyznawaniu win, obietnicy "resocjalizacji". Bywało, że odmawialiśmy. W zimie zalewali wtedy plac wodą i kazali nam siedzieć w tej marznącej brei.

Oskarżyli mnie o zorganizowanie protestu i kazali przyznać się do winy. Związali mi nogi, a potem zacisnęli sznur na szyi tak mocno, że nie mogłem wykrztusić słowa. Odpowiadałem im, gdy luzowali pętlę.

Bili pasem po twarzy i głowie, kopali w plecy. Kazali mi podnieść ręce, które przywiązali do założonej za kark deski. Potem związali mi nogi na drugiej belce. Nie mogłem się poruszyć. Położono mnie na brzuchu; padły pierwsze pytania. Nagle któryś ze strażników trzy razy kopnął mnie głowę. Poczułem, że mogę tego nie przeżyć, krzyknąłem więc po chińsku: "Wolny Tybet!". W jednej chwili rzuciło się na mnie sześciu policjantów z pałkami. Straciłem przytomność.

Po ocuceniu zaczęli bić pałką elektryczną - w twarz, usta, członek. Gasili mi na dłoniach papierosy. Miałem już tak dosyć bólu i tortur, że próbowałem odebrać sobie życie, połykając cztery igły i dwa kawałki szkła. Napisałem list pożegnalny i położyłem go sobie na brzuchu: "Jestem pewien, że z pełnego krwi i łez morza historii wyrośnie lotos wolności".

Nadal nie mogę uwolnić się od Drapczi. Kuleję na prawą nogę. Ciągle bolą mnie plecy, choruję na serce. I noc w noc prześladują mnie koszmary. Jestem w maleńkiej celi i trzęsę się ze strachu, że zaraz po mnie przyjdą i znów zacznie się bicie.

Źródło: Duży Format

z5141439X.jpg
Plik ściągnięto 6252 raz(y) 23,83 KB

z5141440N.jpg
Plik ściągnięto 6252 raz(y) 3,97 KB

z5141466X.jpg
Plik ściągnięto 6252 raz(y) 39,09 KB

z5134045N.jpg
Plik ściągnięto 6252 raz(y) 4,81 KB

z5141436Z.jpg
Plik ściągnięto 6252 raz(y) 12,06 KB

z5134047X.jpg
Kushow Migmer, 38 lat. Oskarżony o wywrotową działalność, gdy chińska policja znalazła u niego taśmę z nagraniem wykładu Dalajlamy. Skazany na reedukację miał wyrzec się Dalajlamy. Podczas ucieczki do Indii przez Himalaje odmroził sobie stopy - musiały zo
Plik ściągnięto 6252 raz(y) 52,09 KB

alchemik 

Wysłany: 08-05-03, 16:17   

niezly art Igor (ten z psz)

a co do zdjecia to (niestety?) nie jest zdjecie z tego roku i przedstawia chinskich zolnierzy przygotowujacych sie do wystepu w filmie z 2003 lub 2004 roku.

Wiecej na:
http://thinkpossible.gaia...s_tibetan_monks
igor 
Site Admin

Wysłany: 09-03-13, 16:00   

Orędzie Jego Świątobliwości Dalajlamy
http://ratujtybet.org/akt...wosci_Dalajlamy

z okazji pięćdziesiątej rocznicy Tybetańskiego Powstania Narodowego
10 marca 2009

Dzisiaj przypada pięćdziesiąta rocznica pokojowego powstania narodu tybetańskiego przeciwko represjom komunistycznych Chin w Tybecie. Od ostatniego marca na obszarze całego Tybetu wybuchają masowe pokojowe protesty. Większość ich uczestników to ludzie młodzi, urodzeni i wychowani po 1959 roku, którzy nigdy nie widzieli wolnego Tybetu. To, że kierowało nimi przekazywane z pokolenia na pokolenie niewzruszone przekonanie o konieczności służenia sprawie Tybetu, jest z pewnością powodem do dumy. Stanie się to źródłem inspiracji dla tych członków społeczności międzynarodowej, którzy szczerze interesują się kwestią tybetańską. Oddajemy hołd i ofiarujemy nasze modlitwy tym wszystkim, którzy zginęli, byli torturowani i doświadczyli innych ogromnych cierpień podczas kryzysu w zeszłym roku, jak również wszystkim innym, którzy doświadczyli cierpienia i poświęcili swoje życie dla sprawy Tybetu od chwili rozpoczęcia naszej walki.

Około roku 1949 siły zbrojne komunistycznych Chin zaczęły wkraczać do północno-wschodniego i wschodniego Tybetu (Kham i Amdo), do roku 1950 zostało zabitych ponad 5000 tybetańskich żołnierzy. Mając na uwadze zaistniałą sytuację, rząd chiński wybrał politykę pokojowego wyzwolenia, która doprowadziła do podpisania w 1951 roku Siedemnastopunktowej Ugody wraz z aneksem. Od tego czasu Tybet znajduje się pod kontrolą Chińskiej Republiki Ludowej. Jednakże Ugoda wyraźnie stwierdza, że tybetańska odrębność religijna i kulturowa oraz tradycyjne wartości będą chronione.

W latach 1954-55 spotkałem się w Pekinie z większością czołowych chińskich przywódców partyjnych, rządowych i wojskowych, w tym z samym Przewodniczącym Mao Zedongiem. Podczas naszych rozmów dotyczących sposobów osiągnięcia przez Tybet wyższego poziomu rozwoju społecznego i ekonomicznego, Mao Zedong i inni przywódcy zgodzili się na powołanie specjalnego komitetu przygotowawczego mającego na celu utworzenie regionu autonomicznego, tak jak to było zapisane w Ugodzie. Nie było mowy o powoływaniu administracji wojskowej. Jednakże od roku 1956, wraz z wprowadzeniem w Tybecie skrajnie lewackiej polityki, sytuacja uległa znacznemu pogorszeniu. W rezultacie gwarancje udzielone przez chińskich przywódców nie były przestrzegane przez władze niższego szczebla. Tak zwane „demokratyczne reformy” wprowadzane na siłę i bez uwzględnienia lokalnych uwarunkowań, zaowocowały kompletnym chaosem i spowodowały ogromne zniszczenia w regionach Kham i Amdo. W Centralnym Tybecie chińscy funkcjonariusze rozmyślnie i przy użyciu siły naruszali warunki Siedemnastopunktowej Ugody, a stosowane przez nich metody z każdym dniem stawały się coraz bardziej surowe. Postawieni w obliczu tak rozpaczliwej sytuacji, Tybetańczycy nie mieli innego wyjścia i 10 marca 1959 roku rozpoczęli pokojowe powstanie. Władze chińskie odpowiedziały na nie niesłychanie brutalnie, co w następnych miesiącach doprowadziło do śmierci, aresztowań i uwięzienia dziesiątek tysięcy Tybetańczyków. W rezultacie otoczony małą grupą urzędników Rządu Tybetańskiego, w tym kilku kalonów (ministrów), uciekłem do na wygnanie do Indii. Następnie prawie sto tysięcy Tybetańczyków uciekło na wygnanie do Indii, Nepalu i Bhutanu. W czasie ucieczki i w następujących po niej miesiącach, doświadczyli oni niewyobrażalnych cierpień, które są jeszcze żywe w tybetańskiej pamięci.

Po dokonaniu okupacji Tybetu, komunistyczny rząd chiński przeprowadził serię represyjnych i agresywnych kampanii, takich jak: „demokratyczna reforma”, walka klasowa, utworzenie komun, „Rewolucję Kulturalną”, wprowadzenie stanu wojennego, oraz bardziej współcześnie „patriotyczna re-edukacja” i kampanie mocnego uderzenia. Niewyobrażalne cierpienia, jakich doświadczyli w ich wyniku Tybetańczycy, można bez najmniejszej przesady nazwać piekłem na ziemi. Bezpośrednim skutkiem tych kampanii była śmierć setek tysięcy ludzi. Przerwana została linia przekazu Dharmy Buddy. Tysiące ośrodków religijnych i kulturalnych, takich jak klasztory i świątynie, zostało zrównanych z ziemią. Zniszczono budynki i pomniki o wartości historycznej. Bezmyślnie i bez żadnego umiaru eksploatowano surowce naturalne. Bezwzględnie exploatowano zasoby naturalne. Dzisiaj wrażliwe środowisko naturalne w Tybecie zostało zanieczyszczone, nastąpiło masowe wylesienie i wiele gatunków zwierząt, takich jak dzikie jaki i antylopa tybetańska, jest obecnie zagrożonych całkowitym wyginięciem.

Te pięćdziesiąt lat przyniosło ziemi tybetańskiej oraz żyjącemu na niej narodowi niewypowiedziane cierpienia i zniszczenia. Nawet dzisiaj Tybetańczycy w Tybecie żyją w ciągłym strachu i są traktowani podejrzliwie przez chińskie władze. W chwili obecnej, religia, kultura, język i tożsamość, które przez kolejne pokolenia Tybetańczyków były uważane za cenniejsze od ich własnego życia, są zagrożone całkowitą zagładą, krótko mówiąc Tybetańczyków traktuje się jak przestępców, którzy zasłużyli na śmierć. Tragedia narodu tybetańskiego przedstawiona została do rządu chińskiego w petycji 70 000 znaków z 1962 roku wystosowanej przez poprzedniego Panczenlamę. Mówił o niej ponownie na krótko przed swoją śmiercią, w trakcie swojego przemówienia w Shigatse w 1989 roku. Panczenlama powiedział wówczas, że to, co straciliśmy podczas rządów chińskich komunistów przeważa nad tym, co zyskaliśmy. Wielu obiektywnych, zaniepokojonych Tybetańczyków mówiło otwarcie o niedoli Tybetańczyków. Nawet Pierwszy Sekretarz Komunistycznej Partii Chin – Hu-Yaobang, podczas swojej wizyty w Lhasie w 1980 roku, jasno przyznał, że popełniono poważne błędy i prosił Tybetańczyków o wybaczenie. Wiele osiągnięć związanych z rozbudową infrastruktury, takich jak budowa nowych dróg, lotnisk, kolei i tym podobnych, które mogłoby się wydawać przyniosły rozwój obszarom tybetańskim, tak naprawdę zrealizowanych zostało z powodów politycznych w celu sinizacji Tybetu, ogromnym kosztem zniszczenia jego środowiska naturalnego i tradycyjnego sposobu życia jego mieszkańców.

Jeśli zaś chodzi o nas – tybetańskich uchodźców, to jakkolwiek początkowo doświadczyliśmy wielu problemów związanych ze zmianą klimatu, nieznajomością języka i trudnościami z związanymi ze zdobyciem środków utrzymania, udało nam z powodzeniem urządzić na nowo na emigracji. Dzięki wspaniałomyślności goszczących nas krajów, szczególnie Indii, możemy żyć na wolności i bez lęku. Jesteśmy w stanie zarobić na własne utrzymanie i kultywować naszą religię i kulturę. Jesteśmy w stanie zapewnić naszym dzieciom zarówno tradycyjną, jak i nowoczesną edukację, jak również angażować się w działania na rzecz rozwiązania kwestii tybetańskiej. Nasza sytuacja przyniosła również inne pozytywne rezultaty. Ludzie mieszkający w wielu różnych częściach świata mieli możności lepszego poznania buddyzmu tybetańskiego wraz z jego naciskiem na współczucie, co wniosło w życie wielu z nich dużo dobrego.

Natychmiast po naszym przybyciu na emigrację rozpocząłem pracę na rzecz demokratyzacji społeczności tybetańskiej, w tym ustanowienia w 1960 roku Tybetańskiego Parlamentu na Wychodźstwie. Od tamtego czasu stopniowo kroczyliśmy drogą ku demokracji i obecnie nasza emigracyjna administracja działa w sposób w pełni demokratyczny, z własnym statutem i ciałem ustawodawczym. Jest to coś, z czego możemy być wszyscy naprawdę dumni.

Od 2001 roku wprowadziliśmy system, w ramach którego przywództwo polityczne Tybetańczyków na emigracji jest wybierane w wyborach bezpośrednich, w procesie podobnym do tych stosowanych w innych systemach demokratycznych. W chwili obecnej bezpośrednio wybrany Kalon Tripa (Przewodniczący Gabinetu) drugą kadencję sprawuje swój urząd. W związku z tym moje codzienne obowiązki administracyjne uległy znacznemu zmniejszeniu i obecnie jestem na częściowej emeryturze. Jednakże praca na rzecz sprawiedliwego rozwiązania kwestii tybetańskiej jest obowiązkiem każdego Tybetańczyka i będę się z tego zobowiązania wywiązywał do końca mojego życia.

Ponieważ jestem człowiekiem, moim głównym zobowiązaniem jest propagowanie wartości ogólnoludzkich, które uważam za główny czynnik odpowiedzialny za szczęśliwe życie, zarówno na poziomie indywidualnej jednostki, jak i rodziny i całej społeczności. Ponieważ jestem osobą praktykującą religię, moim drugim zobowiązaniem jest propagowanie harmonii między religiami. Moje trzecie zobowiązanie związane jest z kwestią Tybetu. Jest to oczywiście związane z faktem bycia Tybetańczykiem noszącym imię „Dalajlamy”, lecz także z zaufaniem, jakim obdarzają mnie Tybetańczycy. To są trzy ważne zobowiązania, które zawsze utrzymuję w umyśle.

Poza troszczeniem się o pomyślność tybetańskiej społeczności na uchodźstwie, która ma się całkiem dobrze, głównym zadaniem Centralnej Administracji Tybetańskiej jest praca na rzecz rozwiązania kwestii tybetańskiej. Po sformułowaniu naszej wzajemnie korzystnej polityki Drogi Środka w 1974 roku, kiedy to w 1979 roku Deng Xiaoping zaproponował rozmowy, byliśmy do nich w pełni przygotowani. Przeprowadzono wiele rund rozmów i wysłano wiele delegacji mających zbadać okoliczności sprawy, jednakże nie przyniosło to żadnych konkretnych rezultatów i ostatecznie wzajemne formalne kontakty zostały w 1993 roku przerwane.

W latach 1996-97 przeprowadziliśmy badanie opinii publicznej wśród Tybetańczyków na uchodźstwie, zbierając również, gdzie tylko było to możliwe, sugestie od Tybetańczyków mieszkających w Tybecie, na temat zaproponowanego przez nas referendum, w którym Tybetańczycy mieli zdecydować o sposobie, w jaki miałaby być prowadzona nasza przyszła walka o wolność, tak aby była ona zgodna z ich oczekiwaniami. Na podstawie wyników tego badania zdecydowaliśmy się na kontynuację polityki Drogi Środka.

Po wznowieniu kontaktów w 2002 roku postępowaliśmy zgodnie ze strategią jednego oficjalnego kanału i jednego programu, i odbyliśmy osiem rund rozmów z władzami chińskimi. W rezultacie tych rozmów przedstawiliśmy Memorandum w Sprawie Prawdziwej Autonomii dla Narodu Tybetańskiego wyjaśniające, że narodowa autonomia regionalna jest w pełni zgodna z dotyczącymi autonomii zapisami chińskiej konstytucji. Chińskie żądanie, abyśmy zgodzili się na zapis, że Tybet jest częścią Chin od czasów starożytnych, jest nie tylko niezgodne z prawdą, lecz również niedorzeczne. Nie możemy zmienić historii, niezależnie od tego, czy była ona dobra, czy też zła. Zniekształcanie historii dla celów politycznych jest rzeczą niewłaściwą.

Powinniśmy spojrzeć w przyszłość i pracować dla naszej wzajemnej korzyści. My – Tybetańczycy, dążymy do uzasadnionej, prawdziwej autonomii, umowy, która umożliwiłaby nam życie w ramach Chińskiej Republiki Ludowej. Spełnienie aspiracji Tybetańczyków pozwoli Chinom na osiągnięcie jedności i stabilności. Z naszej strony nie wysuwamy żadnych żądań opartych na historii. Jeśli się jej przyjrzymy, nie ma obecnie na świecie ani jednego państwa, włączając w to Chiny, którego status terytorialny pozostawałby od zawsze niezmieniony, ani takiego, w którym mógłby on na zawsze taki pozostać.

Nasze dążenie do skupienia wszystkich Tybetańczyków w ramach jednej autonomicznej administracji pozostaje w zgodzie z najistotniejszym celem zasady narodowej autonomii regionalnej. Zaspokaja ono także fundamentalne potrzeby Tybetańczyków i Chińczyków. Autonomia, do jakiej dążymy jest całkowicie zgodna z chińską konstytucją i innymi odpowiednimi prawami oraz przepisami. Z naszymi aspiracjami zgodziło się wielu przywódców Chińskiego Rządu Centralnego. Podczas podpisywania Siedemnastopunktowej Ugody premier Czou-en-laj przyznał, że jest to rozsądne żądanie. W 1956 roku, podczas powoływania Komitetu Przygotowawczego „Tybetańskiego Regionu Autonomicznego”, vice-premier Chen Yi powiedział wskazując palcem na mapę, że Lhasa mogłaby być stolicą takiego regionu, który obejmowałby również tybetańskie obszary znajdujące się w innych prowincjach, co przyczyniłoby się do rozwoju Tybetu, jak również przyjaźni pomiędzy narodem tybetańskim i chińskim. Pogląd ten podzielał również Panczenlama oraz wielu innych tybetańskich uczonych i urzędników. Jeśli chińscy przywódcy mieli jakieś zastrzeżenia do naszych propozycji, mogli je uzasadnić i przedstawić ich alternatywę, abyśmy mogli się nad nimi zastanowić, ale nie zrobili tego. Jestem rozczarowany, że władze chińskie nie odpowiedziały we właściwy sposób na nasze szczere wysiłki mające na celu wprowadzenie prawdziwej narodowej autonomii regionalnej dla wszystkich Tybetańczyków, tak jak to jest zapisane w konstytucji Chińskiej Republiki Ludowej.

Prowadzony obecnie dialog chińsko-tybetański nie tylko nie przyniósł żadnych konkretnych rezultatów, tybetańskie protesty, które wstrząsają całym Tybetem od marca zeszłego roku były przez władze chińskie brutalnie tłumione. W związku z tym, aby zapytać opinię publiczną, w jaki sposób mamy dalej prowadzić naszą walkę, zwołane zostało Specjalne Spotkanie Tybetańczyków na wychodźstwie w listopadzie 2008 roku. W zakresie, w jakim tylko było to możliwe, podjęto również starania w celu zebrania sugestii Tybetańczyków żyjących w Tybecie. W wyniku tego procesu okazało się, że większość Tybetańczyków zdecydowanie popiera kontynuację strategii Drogi Środka. W związku z tym kontynuujemy teraz tę politykę z większym zaufaniem i będziemy nadal dążyć do osiągnięcia prawdziwej narodowej autonomii regionalnej dla wszystkich Tybetańczyków.

Tybetańczycy i Chińczycy są sąsiadami od niepamiętnych czasów. W przyszłości również będziemy musieli żyć razem. Dlatego też jest dla nas niezmiernie ważne, aby współistnieć ze sobą na zasadach wzajemnej przyjaźni.

Od rozpoczęcia okupacji Tybetu, komunistyczne Chiny przedstawiały propagandę i zafałszowany obraz Tybetu i zamieszkującego go narodu. W rezultacie bardzo niewielu Chińczyków posiada prawdziwą wiedzę na temat Tybetu. Tak naprawdę, bardzo trudno jest im dowiedzieć się prawdy. Są również skrajnie lewaccy przywódcy chińscy, którzy od ostatniego marca, podjęli zmasowaną kampanię propagandowa w celu zwaśnienia obu narodów i pobudzenia wzajemnej niechęci. Niestety na skutek tej kampanii, w umysłach niektórych naszych chińskich braci i sióstr powstał negatywny obraz Tybetańczyków. Dlatego też, tak jak już wielokrotnie apelowałem, chciałbym jeszcze raz usilnie prosić naszych chińskich braci i siostry, aby nie dali się zwieść tej propagandzie, lecz zamiast tego, próbowali sami odkryć obiektywne fakty na temat Tybetu, aby zapobiec powstawaniu podziałów pomiędzy nami. Tybetańczycy również powinni dążyć do przyjaźni z Chińczykami.

Jeśli spojrzymy wstecz na tych 50 lat na uchodźstwie, to byliśmy świadkami wielu wzlotów i upadków. Jednakże to, że kwestia tybetańska jest ciągle żywa i interesuje się nią coraz bardziej społeczność międzynarodowa, z pewnością można uznać za sukces. Patrząc na to z tej perspektywy, nie mam wątpliwości, że słuszna sprawa tybetańska zwycięży, jeśli nadal będziemy kroczyć ścieżką prawdy i niestosowania przemocy.

Obchodząc 50 rocznicę naszego uchodźstwa, bardzo ważne jest, abyśmy wyrazili naszą wdzięczność wobec rządów i ludzi goszczących nas krajów. Powinniśmy nie tylko przestrzegać prawa obowiązującego w krajach, w których żyjemy, lecz również postępować w sposób przynoszący im pożytek. Podobnie dążąc do realizacji naszych aspiracji związanych z Tybetem i utrzymania religii i kultury, powinniśmy uczyć się z naszych przeszłych doświadczeń.

Mówię zawsze, że powinniśmy mieć nadzieję na to co najlepsze, a jednocześnie przygotowywać się na to co na co najgorsze. Niezależnie czy patrzymy z perspektywy globalnej, czy też w kontekście wydarzeń w Chinach, są powody, aby mieć nadzieję na szybkie rozwiązanie kwestii tybetańskiej. Jednak powinniśmy być również dobrze przygotowani na ewentualność, że nasza walka będzie trwała bardzo długo. Z tego powodu musimy skupić się przede wszystkim na edukacji naszych dzieci i wykształceniu profesjonalistów w różnych dziedzinach. Powinniśmy także rozbudzać wśród ludności tybetańskiej świadomość dotyczącą środowiska naturalnego oraz rozumienie i praktykę metod niestosowania przemocy.

Chciałbym skorzystać z tej okazji, aby wyrazić moją płynącą z głębi serca wdzięczność dla przywódców i narodu indyjskiego, którzy pomimo problemów i przeszkód, którym muszą sprostać, od 50 lat służą Tybetańczykom na uchodźstwie nieocenionym wsparciem i pomocą. Ich dobroć i szczodrość są niezmierzone. Chciałbym również wyrazić moją wdzięczność dla przywódców, rządów i wszystkich innych członków społeczności międzynarodowej, jak również różnych grup wspierających Tybet, za ich nieustające poparcie.

Oby wszystkie czujące istoty żyły w pokoju i doświadczały szczęścia.

Dalajlama
10 marca 2009
igor 
Site Admin
[avatar ukryty]
Wysłany: 09-03-24, 22:35   

:(

http://www.youtube.com/watch?v=hTKNENM2WoQ
Gruby 
[avatar ukryty]
Wysłany: 09-03-24, 22:36   

Ostatnio zauważam ludzi z flagami Tybetu, a to w samochodzie, albo na torbie.
igor 
Site Admin

Wysłany: 09-03-25, 21:03   

Gruby napisał/a:[quote]
Ostatnio zauważam ludzi z flagami Tybetu, a to w samochodzie, albo na torbie.
[/quote]

sympatyczny pomysł. Nawet nie wiem jak wygląda flaga tybetu. ale zaraz się to zmieni.


[ Dodano: 09-03-25, 21:03 ]
żeby takie akcje jak wywieszanie flagi miały jakiekolwiek znaczenie, muszą być masowe. Nie mniej od czegoś trzeba zacząć.
NowaWizja 
[avatar ukryty]
Wysłany: 10-02-02, 10:32   

Zapraszam na warsztat TYBETAŃSKA SZTUKA ŻYCIA 7.02 na Nowym Świecie. Warsztat inspirowany jest moimi podróżami m.in do Tybetu. Więcej na nowa-wizja.pl/warsztaty/weekendowe/tybetanska-sztuka-zycia.
Muhomorniczy 
[avatar ukryty]
Wysłany: 10-02-03, 13:18   

bliżej mamy Czeczenie,ąze Tybet medialny to widzim cała fałśzywosc tego popracia,moda i nic wiecej,
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

       Wolne Media - Toplista  
Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group