Wysłany: 09-03-27, 18:34 Do osób które się okaleczają.
Nie chce wiedzieć dlaczego to robicie,po co i co to daje. Pewnie macie swoje powody jedni mniej inni bardziej wazne. Chciałabym wiedzieć czy oczekujecie pomocy od innych a jak tak to jakiej.
Czemu pytam? bo znam taka osobe która to robi,nie jest mi bliska ale powiedziała o tym swojemu przyjacielowi czyli tzn. ze w jakims stopniu jest jej zle ze to robi. Wiadomo mozna takie osoby wysłac do psychologa, niektórzy to świetni specjaliści tylko z tego co juz czytałam oni sie albo ich boja albo pscholog im nie pomaga. Dlatego chce wiedziec od nich samych czy chca pomocy(jedni pewnie tak inni nie wiem) a jeśli tyak to jak im pomóc.
Wiadomo mozna takie osoby wysłac do psychologa, niektórzy to świetni specjaliści tylko z tego co juz czytałam oni sie albo ich boja albo pscholog im nie pomaga.
Wiesz, ja też czułem barierę wobec psychologów, zanim poznałem paru - a właściwie parę - bo to były kobiety. Naprawdę stwarzały komfortowe warunki do rozmowy i otwierania się. Wiesz, jest tak że ludzie się potrafią uzależnić od psychologa - tak im dobrze na spotkaniach. Może warto zaproponować nowy wizerunek psychologa tej osobie?
Ja akurat nie mam na nia wpływu bo za dobze jej nie znam, zreszta jest z innego miasta. Była juz rozmowa o psychologu ale były głupie wymówki ze co powie rodzicom albo kolezance..
Ja akurat nie mam na nia wpływu bo za dobze jej nie znam, zreszta jest z innego miasta. Była juz rozmowa o psychologu ale były głupie wymówki ze co powie rodzicom albo kolezance..
no ba. główną cnotą jaką można sobie wykształcić przy takich osobach, to cierpliwość
podejrzewam też że działa metoda: rozmawiać, rozmawiać, informować, zachęcać, pokazywać nowe możliwości..
Ta ,dokładnie.Hera Igor ma racje ,zwłaszcza że tu na forum to jest nauka cierpliwości i można taką osobę zaprosić (co to sie lubi ciąć).Ja na przykład mam wiecej cierpliwości od monitora co to mi wysiadł ale możliwe ze sie załatwi nastepny i bedę tu korzystając wolnego czasu mógł udzielic wskazówek
Cytat:
.. działa metoda: rozmawiać, rozmawiać, informować, zachęcać, pokazywać nowe możliwości..
Dokładnie ,porozmawiać o możliwościach różnych nacięć, wycinanek ,bo to stara sztuka ludowa ,stara jak świat.Forum inspiruje
Najgorsze jest to ze ja sama nic nie moge zrobic tylko mowic temu jej przyjacielowi. Ja z nia nie rozmawiam a widzialam sie z nia 3 razy w zyciu. Poza tym byla by zla gdyby wiedziaa ze ten przyjaciel powiedzial to mi. Chyba najpierw go musze nauczy cz nia rozmawiac..
Pomocy myślę, że chcą i to bardzo, chociażby podświadomie jeśli tego nie wyrażają. Cięcie się to rodzaj spuszczania negatywnych emocji, podobnie jak picie alkoholu, bieganie czy inne działania mające podobny kierunek. Takimi sposobami "ujarzmia się" emocje na chwile potem powracają i powtórka z rozrywki. Potrafi stać się to uzależniające. Warto poznać inne sposoby, lecz nie te chwilowe odetchniecie od emocji a przeżycie jej na amen. Gdy poczuje owa osoba, że można inaczej a można, gdy posiądzie zrozumienie dlaczego się tak dzieje a dzieje się u wszystkich podobnie. Wtedy może ujrzeć, że jest fajno na świecie mimo, że nie łatwo
Owszem, owszem, ale kiedy mądrala rozsądnie mówi, to cóż w tym niewłaściwego?
Widzisz... pomocy chcą w różnym znaczeniu. Jedni - Ci naprawdę się tnący - faktycznie robią to co napisałaś.
Ten drugi bardziej wyrafinowany typ szuka pomocy po prostu kiedy chcą zaistnieć. Dlatego straszą, że się potną, robią opisy na GG i temu podobne...
Osobiście jeszcze nie pracowałem z takimi osobami, poza tym nie wiem czy bym sobie poradził. Ale z doświadczenia wiem że jeżeli osoba próbuje zwrócić na siebie uwagę to znaczy że jakiejś pomocy potrzebuje.
Senote napisał/a:
Delikatna sprawa. Może być tak, że osoba chce na siebie zwrócić uwagę to jednak też pokazuje, że ma coś do rozwiązania, szuka
A słyszeliście kiedyś aby ktoś się ciął grupowo? To musi być odjazd
Ty to masz pomysły
[ Dodano: 09-05-05, 15:02 ]
MarS napisał/a:
No indiańce tak robili.
chyba tylko tatuaże w formie nacięć. Do dzisiaj przecież w niektórych plemionach tak się zdobi ciało
[ Dodano: 09-05-05, 15:16 ]
Cytat:
Pomocy myślę, że chcą i to bardzo, chociażby podświadomie jeśli tego nie wyrażają.
Nawet jeśli chcą tego podświadomie to nic nie znaczy dopóki sami nie zaczną mówić. Pozostaje tylko powiedzieć: "Jestem tutaj i zawsze możesz ze mną pogadać" i trzeba znaleźć na to odpowiedni w dodatku moment., a pytania w stylu "Czemu to robisz?" strasznie irytują, bo oni sami nie znają odpowiedzi. W chwili kiedy ta dziewczyna przyznała się swojemu przyjacielowi do tego, sprowokowała go do kontaktu w tym temacie. Potrzebowała i nadal potrzebuje wysłuchania i uwagi. Próba pomocy i rozmowy na siłę niczego nie zmieni, a wręcz przeciwnie osoba taka się odsunie i będzie unikać z nami kontaktu. Nie jestem psychologiem kompletnie się na tym nie znam, a instynkt podpowiada mi co podpowiada.
Krwawy Wielki Tydzień
Triduum Paschalne to dla chrześcijan okres wyjątkowego skupienia i rozważania Tajemnicy Zbawienia.
Przeżywanie misteriów Ostatniej Wieczerzy, Męki Pańskiej i Wigilii Paschalnej ma przygotować do godnego przeżycia najważniejszego z katolickich świąt.
W Polsce Wielki Czwartek uczestniczymy w Eucharystii, a po uroczystym odśpiewaniu Chwała na wysokości Bogu milkną wszystkie dzwony.
W niektórych kościołach ważnym elementem tej uroczystej mszy jest mycie nóg wybranym wiernym przez księdza.
Jednak są na świecie miejsca, gdzie misterium męki pańskiej przeżywa się jeszcze bardziej gorliwiej niż u nas. Takim krajem są Filipiny.
Rok rocznie setki filipińskich wyznawców Chrystusa, spotyka się przed katedrą w San Fernando, by oddać się krwawemu rytuałowi, który ma oczyścić ich duszę.
Wierni kładą się przed katedrą, a osoby bliskie, okładają leżących, kijami i rózgami.
Aby odczuwać większy ból z zadawanych biczem ran, wcześniej plecy nacinane są żyletką i posypywane solą.
Większość uczestników tej krwawej procesji zakrywa swoje twarze chustami z wizerunkiem Chrystusa.
Aby w pełni uczestniczyć w cierpieniu ruszają oni w swoją drogę krzyżową, nierzadko zakończoną przybiciem do krzyża.
Do dziś zwyczaje Filipińczyków nie cieszą się pełną aprobatą Watykanu, jednak Papież nigdy publicznie ich nie potępił, chociaż wielokrotnie dał odczuć swoje niezadowolenie.
Filipińscy biskupi choć nie zabronili biczowania zakazali rytualnego przybijania się do krzyża.
[ Dodano: 09-05-05, 22:36 ]
przybij piątkę napisał/a:
Nawet jeśli chcą tego podświadomie to nic nie znaczy dopóki sami nie zaczną mówić. Pozostaje tylko powiedzieć: "Jestem tutaj i zawsze możesz ze mną pogadać" i trzeba znaleźć na to odpowiedni w dodatku moment., a pytania w stylu "Czemu to robisz?" strasznie irytują, bo oni sami nie znają odpowiedzi.
oba pytania są formą zainteresowania się. Skoro o to chodzi okaleczającym się, to zapewne dla jednych pytanie "czemu to robisz" będzie całkiem zadowalające, ale będą też oczywiście tacy, co się wkurwią - szczególnie, jak ich każdy o to pyta, a potem podważa co usłyszał
dokładnie to chciałam napisać "cięcie się" a "cięcie się" to dwie różne rzeczy. Filipińczycy robią to raz w roku,żeby przeżyć i uczcić mękę pańską, a ludzie pokroju tej dziewczyny mają zupełnie inne powody znane sobie.
To co się dzieje na tych fotkach ma bardzo mocne "tradycje" zagnieżdżone w religii więc ja bym tego nie stawiał na równi z cięciem się.
przybij piątkę napisał/a:
dokładnie to chciałam napisać "cięcie się" a "cięcie się" to dwie różne rzeczy. Filipińczycy robią to raz w roku,żeby przeżyć i uczcić mękę pańską, a ludzie pokroju tej dziewczyny mają zupełnie inne powody znane sobie.
Nie sposób się nie zgodzić, że to coś innego.
W końcu filipińskie umęczanie, jest znacznie bardziej brutalne, bolesne, niebezpieczne, masowe.
Nie mniej jest parę elementów wspólnych. W jednym jak i w drugim przypadku następuje oczyszczenie się z emocji. I tu i tu ludzie zwracają na siebie uwagę (lub na ideę).
Nie mniej jest parę elementów wspólnych. W jednym jak i w drugim przypadku następuje oczyszczenie się z emocji. I tu i tu ludzie zwracają na siebie uwagę (lub na ideę).
Tylko,że filipińczykom to oczyszczenie wystarcza na rok, a "innym" na kilka chwil i tak naprawdę się nie oczyszczają z emocji,ale wywołują tym kolejne.
Ból fizyczny łatwiej znosi się od psychicznego a fizyczny jest na tyle intensywny, że jest na pierwszym planie i nie czuje się wtedy psychicznego. Równie dobrze można walnąć pięścią w ścianę. Zerwanie kontaktu z psychicznym na jakiś czas skutkuje a potem trzeba procedurę powtarzać.
Jeśli chodzi o okaleczenia religijne to nieco inna bajka.
Nie mniej jest parę elementów wspólnych. W jednym jak i w drugim przypadku następuje oczyszczenie się z emocji. I tu i tu ludzie zwracają na siebie uwagę (lub na ideę).
Jednak nie porównywałbym tych dwóch rzeczy do siebie. To zupełnie dwie różne strony. Ludzie którzy się tną nie robią tego dla żadnej idei, a robią to prawdopodobnie żeby rozładować emocje.. A Filipińczykom którzy robią to co widać na zdjęciach pewnie nie zależy na zwróceniu uwagi na swoją osobę. Robią to raczej z powódek religijnych.
IMO pobudki mają to samo podłoże co w przypadku ciachaczy nadgarstków. W obu przypadkach jest to rodzaj bólu psychicznego i chęci oczyszczenia się z niego.
Inna jest geneza samego procesu (czyli stopniowo wzrastającego zaangażowania w okaleczanie się). Ale potem już jest podobnie - poczucie rozluźnienia lub ogromna satysfakcja z tego, że jest się takim jak jezus.
ogromna satysfakcja z tego, że jest się takim jak jezus.
Ale ludzie którzy się tną tego nie odczuwają. Zupełnie inne motywy między osobami okaleczającymi się a Filipińczykami na zdjęciach. Motywów osób okaleczających się nikt poza nimi nie jest w stanie podać, natomiast te ze zdjęć są jasne - religia, chęć zjednoczenie się z Jezusem, pewna forma oddawania czci itd.
ogromna satysfakcja z tego, że jest się takim jak jezus.
Ale ludzie którzy się tną tego nie odczuwają.
Nieprecyzyjnie się wyraziłem. Owszem, oni raczej nie odczuwają satysfakcji, tylko rozluźnienie i poprawę nastroju. Poprawę nastroju, poczucie spełnienia misji mają Ci od ukrzyżowań.
Gruby napisał/a:
Zupełnie inne motywy między osobami okaleczającymi się a Filipińczykami na zdjęciach. Motywów osób okaleczających się nikt poza nimi nie jest w stanie podać, natomiast te ze zdjęć są jasne - religia, chęć zjednoczenie się z Jezusem, pewna forma oddawania czci itd.
Co do osób okaleczających to znane są motywy niskopoziomowe - autodesktrukcja i odkrycie, że jest potem fajniej niż było.
W przypadku religii - owszem jest ta cała racjonalizacja religijna, ale pomyśl co się dzieje, gdyby nagle takiej osobie odebrać religie? Poczuje się bardzo źle, wrzucona w pustkę i bezsens. Okaleczanie się to rodzaj wejścia na wyższy poziom, aby osiągnąć jeszcze lepszy odjazd religijny.
To coś w ich mózgach każe im napastować własne ciało. Robią cięcia na udach, rękach, w okolicach brzucha. Potem, z żalu, tną się ponownie.
Kasia, lat 49: jestem mamą nastoletniego dziecka, które sięgnęło dna...
Kasia, samotna matka, od dwóch lat szuka odpowiedzi na pytanie: dlaczego moje dziecko się tnie? Wczoraj była u psychologa. Powiedział, że winę za sznyty 14-letniej Natalki ponosi Barbie. Bo gdyby lalki nie było, to Natka mogłaby o niej marzyć, a tak, jak jest, to nie ma o czym. Więc Kasia przez łzy tłumaczyła mu, że lalkę kupiła dlatego, że kiedyś sama takiej pragnęła. Nie przypuszczała, że w ten sposób zaspokaja własne marzenia, a wymagania córki będą rosły. Może po powrocie do domu wyrzuci lalkę? Jeśli to miałoby Natce pomóc, to pewnie. Zrobi wszystko.
Kilkaset przeczytanych artykułów, setki wyklikanych linków oraz kilkanaście wizyt u psychologa i psychiatry – tyle Kasia ma już za sobą. Kiedyś chciała wysłać Natkę do egzorcysty, ale przyjaciółka powiedziała jej, że to schorzenie głowy, nie ducha, więc zrezygnowała. Myślała też o hipnozie, ale w ostatniej chwili stchórzyła. Bo może kiedyś jakiś bodziec w mózgu córki mógłby obudzić to, co zostało uśpione? Za bardzo kocha Natkę, by ryzykować.
Osoba, która zadaje sobie rany, często nie zdaje sobie sprawy, co jest tego faktyczną przyczynąBartłomiej Perczak, psycholog
Kasia mówi, że Natka jest wyjątkowa. Bo przecież nie każde dziecko tnie się, mając kilkanaście lat. Zresztą tych sznytów by nie było, gdyby nie temperament, wrażliwość i inteligencja emocjonalna Natki.
Zuza, lat 26: bez długiego rękawa nie wchodzę
Kiedy Zuza wsiada do autobusu, termometr wskazuje 24 kreski. Mimo ciepła zakłada bluzę z długim rękawem. Nie chce, żeby gapie wskazywali ją palcem, mówiąc „Patrz, pocięta!”. Wszelkie wymyślone komentarze typu „to musiał być wypadek”, „upadła na szkło”, „ofiara pożaru” dzielnie znosiła rok temu. Teraz podobne teksty ją krępują.
Kiedyś wybrała się z bratem na rower. Zmęczeni pedałowaniem, zatrzymali się w pobliskiej kawiarence. Odsłonięte nogi i ręce Zuzy szybko przykuły uwagę pijaczka. - Podszedł do mnie i powiedział „Ale się poszlachtała!”. Dopiero kiedy brat wyciągnął telefon, grożąc, że zaraz zadzwoni na policję, mężczyzna przestraszył się i uciekł.
Długie rękawy to dla Zuzy azyl. Dzięki nim czuje się pewniej i łatwiej nawiązuje kontakt z innymi. Bo kiedy ludzie widzą gołe, poorane ręce, dziwią się i szukają przyczyny. Bo czy kobieta mogłaby się pociąć?
Początek...
Pierwsze cięcie Natki to był szok. Widniało na podudziu, stąd podwójnie trudno było je zauważyć. O tym, że problem jest poważny, Kasia zorientowała się dopiero widząc identyczne cięcie na nodze koleżanki córki. Równocześnie pojawiło się pytanie: „Gdzie popełniłam błąd?”. Kasia udała się do psychologa. Polecił jej przeczytać książkę „Jak mówić, aby dzieci słuchały”: – Książka nawet fajna, ale nijak ma się do życia.
Pierwszy eksperyment Zuzy z żyletką był, gdy miała 13 lat. Miał to być element kary za niepowodzenia i trudności w szkole. Regularnie robiła to w toalecie, na przerwach, bo pod bieżącą wodą szybko mogła pozbyć się zbędnej krwi. Rodzicom powiedziała, że winne sznytom są gałęzie. Wierzyli, dopóki nie zdradziły jej rysunki w zeszycie – krzyże, groby, wisielce. Malunki zauważyła jedna z nauczycielek. Natychmiast wysłała Zuzę do psychologa, a rodziców wezwała do szkoły. Powiedziała, że przyczyną samookaleczeń są złe wyniki w nauce. Psycholog uwierzyła.
W tym czasie Zuza była prymuską.
Marta, lat 18: tnę się od pięciu lat
W drugiej klasie gimnazjum koleżanki przyniosły do szkoły żyletki. – Patrz Mart, to fajne, spróbuj! – namawiały do samookaleczenia się. Mówiły, że cięcie się jest fajne, bo przynosi ulgę w chwilach smutku. Nie były to głębokie rany, tylko takie, żeby pojawiła się krew. Powody do tego, żeby robić sznyty, znajdowały się same: kłótnie rodziców, nieodwzajemnione miłostki, brak przyjaciół.
Rodzice nic nie wiedzieli o problemie, bo Marta nie pokazywała im rąk. – W gimnazjum byłam chuda, wciąż doskwierał mi chłód, więc nawet latem zakładałam bluzy z długim rękawem.
Cięcie było fajne pociągające, gdy Marta odkryła, że przynosi ulgę i odwraca uwagę od problemów. Bo kiedy komuś jest źle, to krzyczy lub płacze. A ona się cięła. Nawet kiedy była zagrożona z kilku przedmiotów, rodzice awanturowali się, a nauczyciele krzyczeli, że jest nieukiem, potrafiła sobie z tym wszystkim "poradzić".
Najwięcej stresu było w trzeciej klasie gimnazjum. Bo egzamin końcowy, wybór szkoły. Stąd i cięć było więcej. - Odczuwałam prawdziwą mękę. Żyletkę nosiłam zawsze w portfelu. Nie cięłam się tylko w domu. W połowie roku zaprzyjaźniła się z kolegą brata. Ten zastosował na Marcie terapię wstrząsową. Na środku korytarza, przy świadkach, krzyknął: „No powiedz wszystkim, co sobie zrobiłaś”. I Marta uległa. Więcej cięć nie było.
Ula, lat 24: nie chcę czuć bólu
Ula ma swój sposób na sznyty: tuszuje je kremem. O cięciach wie kilka osób. Rodzicom i przyjaciołom nie mówi. Nie chce ich martwić.
Pierwszy raz pocięła się mając 13 lat. Powód banalny – była nieszczęśliwie zakochana, a do tego kłóciła się z rodzicami. Bo ból, pod wpływem negatywnych emocji, wydawał się przyjemny. – Kiedy tniesz się mocniej, robi ci się trochę słabo, krew płynie, wszystkie emocje opadają. Serce mocniej bije. Jakbyś nagle rzucała się w przepaść, a potem lądowała na miękkiej poduszce.
Cięła się wieczorem, albo w nocy. Rano budził ją ogromny ból. By go nie czuć, znów się cięła. Wiedziała, że robi źle, jednak sam moment samookaleczania się nie był karą. Kara była potem, kiedy patrzyła na swoje oszpecone ciało. Płakała, zorientowawszy się, że znów uległa.
Na początku kaleczyła się raz w miesiącu, potem raz na tydzień. Były dni, że przesiadywała kilka godzin z żyletką w ręku, po prostu się na nią patrząc. Bywały tygodnie, że cięła się codziennie. Jednak nigdy na pokaz, nigdy tak, by ktoś zauważył. –Znam, a nawet widuję na co dzień ludzi ze sznytami na pokaz. To żałosne – mówi. Bo prawdziwy problem jest tam, gdzie ktoś ukrywa blizny.
Ula od trzech lat nie tknęła żyletki. Powody są trzy:
- życie jest cudem, więc trzeba je szanować;
- tyle jest cierpienia dookoła, tyle walki o życie, że nie warto samemu sobie go niszczyć;
- ponad wszystko ceni sobie wolność.
Teraz, patrząc na żyletkę, uśmiecha się. Wie, że jest „ponad” i nie da się zniewolić przedmiotowi. – Nie potnę się. Ale niczego nikomu nie obiecuję, że już nigdy tego nie zrobię. Tu liczy się walka o każdy dzień - mówi.
Kasia: córka próbowała popełnić samobójstwo
- Choć nie czułam fizycznego bólu córki w momencie zadawania sobie ran, odczuwałam to mocno psychicznie. To było dla mnie dowodem na to, że to moja wina, że ona się tnie.
Już jako 3-latka Natka była odporna na ból. Nie tyle nie odczuwała go fizycznie, co kiedy upadła i otarła sobie kolano, nie płakała. Kasia wini siebie, że nie rozczulała się wtedy nad córką, tylko starała się odwrócić jej uwagę słowami „O, zobacz, samolot leci!”. Doskonale pamięta pierwszą wizytę u dentysty, kiedy Natka wytrzymywała borowanie bez płaczu i histerii. Ucieszyła się, kiedy na koniec dostała jeszcze pamiątkową naklejkę od dentysty. Tak samo było z pobieraniem krwi. - Córka siedziała u mnie na kolanach (musiała, bo trzymając ją, chroniłam przed wyrwaniem się, a także ewentualnym złamaniem igły). Patrzyła, jak pielęgniarka pobiera jej krew, i ani jedna łza nie wypłynęła jej z oka. Wszyscy wtedy mówili: „Dzielna dziewczynka”.
W wieku sześciu lat Natka poznała inną dziewczynkę. Aga, bo tak jej było na imię, nie potrafiła pogodzić się z utratą ojca oraz osamotnieniem, spowodowanym dzieleniem matczynych uczuć pomiędzy troje pozostałego rodzeństwa. Któregoś dnia wzięła szkło i pocięła sobie nim nogę. Natka zrobiła to samo.
W pierwszej klasie gimnazjum Natka wpadła w złe towarzystwo. Zaczął się alkohol i coraz późniejsze przychodzenie do domu. - Przeważnie jej cięcia były następstwem naszych kłótni i prawie zawsze robiła je po alkoholu i narkotykach.
Ten dzień...
Niedawno Kasia wyszła do lekarza. Nie było jej w domu półtorej godziny. Natka miała iść z nią, ale w ostatniej chwili odmówiła, tłumacząc się głodem. Kasia mówi, że nigdy nie zapomni tego, co zobaczyła potem. - Od progu czerwone krople, drzwi do pokoju otwarte, a Natka leży w kałuży krwi. Gęstej, zasychającej. Instynktownie zawiązałam przegub i wezwałam karetkę. Nie było czasu na płacz. W szpitalnym rejestrze widniała notka, że to nie pierwsza próba samobójcza Natki.
– Sporadycznie – odpowiada Kasia, gdy pytam, czy Natka wciąż się tnie. Bo teraz Natka wstydzi się sznytów. Podczas wizyt w laboratorium stara się je ukryć.
Marta: zostają rany w psychice
W 2008 r. Marta przechodzi załamanie. Przyczyną jest wszystko: matura, kłótnia z przyjaciółką, rodzice. Ze złości tnie sobie udo. Po każdej kresce myśli, że „przecież i tak nic nie widać, więc po co się martwić”. W końcu obwija nogę bandażem i idzie spać. Budzi się z potwornym bólem.
Któregoś dnia spędza samotnie kolejny z rzędu wieczór. W tym czasie przyjaciółka śle jej SMS-y, że jest z chłopakiem, że im razem dobrze i że nie zamierzają szybko wracać. Zwykle Marta cieszy się z takich wiadomości, ale nie teraz, nie w samotności. Sięga więc po portfel (tam trzyma żyletkę). - Ostatecznie pocięłam się cyrklem, bo nie znalazłam żyletek. Przyniosło ulgę.
Po tym wydarzeniu Marta zaczyna bać się samej siebie. Tego, że to nałóg i że następnym razem, jak zacznie, to już nie będzie umiała zatrzymać ostrza. Postanawia z tym skończyć. Do dziś udaje jej się w tym postanowieniu wytrwać.
Cięcie zostawia ślady i to nie tylko takie na ciele („Za kilkanaście lat ktoś zobaczy bliznę i co sobie pomyśli?”). Zostają też rany w psychice. – Samookaleczanie się uważam za swoją największą życiową porażkę. To, że uległam rzeczy, żyletce. A przecież w ten sposób zadaję ból nie tylko sobie, ale również najbliższym, szczególnie rodzinie. A ból im zadany boli bardziej, niż własny.
Zuza: potrzebuję 20 tys. zł na usunięcie blizn
Najczęściej po nóż sięgała w liceum. Powodem było rozczarowanie sobą, brak akceptacji, niemożność nawiązania bliższych relacji, niepowodzenia. Ilość, miejsce i jakość cięć przestała kontrolować na pierwszym roku studiów. – Zaczął mi spadać nastrój, nie mogłam sobie poradzić. Odeszłam wtedy od noża i przeszłam na żyletkę. Cięłam się częściej, a rany były głębsze.
W latach 2003-2007 była w ośmiu szpitalach psychiatrycznych. Tam podawali jej antydepresanty. Przy tak silnych lekach pojawiały się skutki uboczne – senność, otumanienie, spadki nastroju. W tym czasie miała trzy próby samobójcze. Przy ostatniej połknęła 120 tabletek.
Zuza studiuje na pierwszym roku. Jej koleżanki z rocznika wyszły już za mąż, znalazły pracę, zrobiły magistra. A ona co? Przez sznyty musi zacząć wszystko od początku. Codziennie odkłada do skarbonki 3 zł. Kosmetyczka powiedziała jej, że jak uzbiera 20 tys. zł to będzie mogła mieć zabieg usuwania blizn. Zuza zbiera więc pieniądze na pozbycie się śladów przeszłości. Wie, że część z nich pozostanie jednak na zawsze.
Bartłomiej Perczak, psycholog z „Nature and Medicine”, mówi, że samookaleczenie wśród młodzieży i dorosłych występuje, ale jest nieporównanie rzadszym zjawiskiem niż nerwica czy depresja. Jest to zjawisko autoagresji mające dwie przyczyny. Po pierwsze osoby chcą w ten sposób zwrócić na siebie uwagę. Zdarza się tak np. w rodzinach, gdzie rodzice się rozwodzą, a dziecko nie umie sobie z taką sytuacją poradzić. Również wtedy, kiedy dziecko ma mocne poczucie winy. Perczak opowiada o przypadku chłopca, który z grzecznego i dobrze uczącego, zmienił się w dziecko sprawiające problemy wychowawcze i samookaleczające się. Dopiero po roku ktoś zorientował się, że z chłopcem dzieje się coś złego. Okazało się, że kilkanaście miesięcy wcześniej w wypadku zginęła jego młodsza siostra. Tego dnia podeszła do niego i zapytała, czy mogliby wrócić razem do domu. Chłopiec powiedział, żeby poszła sama. Wracając, zginęła pod kołami samochodu. - Nikomu o tym nie powiedział. Dusił to w sobie, bo nie miał na tyle dobrego kontaktu z rodzicami, żeby im o tym powiedzieć. Przez cały czas uważał jednak, że to jego wina – mówi Perczak. Pytany o to, czy jeśli zauważymy u bliskiej osoby sznyty, powinniśmy od razu o pomoc do psychologa, odpowiada twierdząco. Tłumaczy, że osoba, która zadaje sobie rany, często nie zdaje sobie sprawy, co jest tego faktyczną przyczyną. Dopiero trzeba to od niej wydobyć.
Anna Kalocińska (Sztandera), Wirtualna Polska
Reportaż ten, za zgodą wypowiadających się w nim osób, został napisany po to, by ustrzec innych przed próbami samookaleczania się. Wszystkie występujące w nim zdarzenia i postaci są prawdziwe. Imiona bohaterów, na ich prośbę, zostały zmienione.
Niestety zdjęcia chłostających się ludzi mają się nijak do tematu. Trochę jakby pokazać zdjęcie kurczaka w temacie o przyprawianiu wieprzowiny- bo jedno i drugie mięso.
Ludzie umartwiający swoje ciało tak jak pokazano na zdjęciu, czy to na procesji ulicznej czy w czterech ścianach (jak np w przypadku Albinosa z "Kodu Leonarda") to przykład bezgranicznego i fiksacyjnego skupienia na śmierci Jezusa. Znawcą religijnym nie jestem, ale wiem, że słychać było już o tym w średniowieczu bodajże. Wtedy to popularne było całkowite oddanie się bogu poprzez wyrzeczenie się dóbr życia doczesnego m.in poprzez umartwianie ciała czyli np biczowanie. Duchowni jedli i ubierali się skromnie, a główną zasadą było coś w stylu "im więcej bólu tym bliższy jesteś bogu"
Sprawa ma się zupełnie inaczej jeśli chodzi o zadawanie sobie bólu przez "zwykłych" ludzi. Tu w grę wchodzi nie tylko cięcie się, ale również wbijanie ostrych przedmiotów, łykanie ich, przypiekanie żelazkiem lub czajnikiem, przypalanie ogniem lub gaszenie na skórze papierosów oraz wiele, wiele innych w zależności od kreatywności osoby. Chodzi ogólnie o zadawanie sobie bólu. Żeby odpowiedzieć jak można pomóc takiej osobie trzeba najpierw zrozumieć dlaczego to robi.
specjalistką w tej dziedzinie nie jestem i zapewne najlepiej odpowiedziałyby osoby, które się tną i które osiągnęły wysoki poziom samopoznania i świadomości swoich czynów. Jednak takie osoby raczej trudno znaleźć. Z tego co wiem osoba, która zadaje sobie ból chce poczuć, że żyje. To najprostsze i najkrótsze wytłumaczenie z jakim się spotkałam. Chodzi o to, że taka osoba tnąc np rękę i widząc ślad lub krew ma poczucie istnienia i materialności. Według mnie bierze się to z braku poczucia hmm nierealności swojego istnienia. Zapewne każdy z was słyszał powiedzenie "uszczypnij mnie bo chyba śnię". To coś w tym stylu. Takie osoby tną się żeby potwierdzić swoje istnienie tylko oczywiście to jest zupełnie inny wymiar. Trudno jest to wytłumaczyć i zrozumieć jeśli się nie ma żadnych zaburzeń tego typu. Osoby okaleczające się nie są w stanie ot tak się powstrzymać przed zadawaniem sobie bólu tak jak nam trudno jest się powstrzymać przed podrapaniem się gdy swędzi nas np nos. robimy to odruchowo a gdyby nam np związano ręce uniemożliwiono ruch to szlag by nas trafił i swędzenie byłoby wyjątkowo niekomfortowe.
Jak zatem pomóc takim osobom.. ciężko byłoby cały czas pilnować tego kogoś, bo to jest niemożliwe. Kluczem jest zrozumienie problemy przez tą osobę, a nie pomoc na siłę w stylu - zwiążemy cię, damy leki i zakneblujemy żebyś nic sobie nie zrobiła. Myślę, że dobrym pomysłem byłoby skorzystanie z terapii długoterminowej oraz odpowiednia stymulacja rehabilitacyjna- mówiąc po polsku np specjalistyczne masaże. I już tłumaczę skąd ten pomysł. U dzieci autystycznych występuje nadwrażliwość lub niedowrażliwość w różnych zmysłach, np smakowa, węchowa lub wzrokowa. Dziecko Z nadwrażliwością w zakresie dotyku będzie unikało kontaktu ze wszystkim- ubraniem, zabawkami, drugą osobą itp bo każdy dotyk ma zwielokrotnioną moc i powoduje ból. Dziecko z Niedowrażliwościa dotykową będzie natomiast szukało mocniejszych bodźców, np będzie się gryzło, biło czy uderzało głową o ścianę. Takiemu dziecku trzeba więc zapewnić odpowiednią stymulację czyli np masaże i uciski ciała ze szczególnym skupieniem na najbardziej okaleczonych częściach. Trzeba zaczynać od silnych ucisków i przechodzić do słabszych tak aby uczyć dziecko wyłapywania słabszych bodźców.
podałam taki przykład, bo skoro działa to w przypadku dzieci autystycznych to można spróbować przy osobie z problemem samookaleczania, niemniej nie prowadziłam badań naukowych w tym zakresie więc to tylko taki pomysł z mojej strony.
[quote="igor"]dlaczego moje dziecko się tnie? Wczoraj była u psychologa. Powiedział, że winę za sznyty 14-letniej Natalki ponosi Barbie. Bo gdyby lalki nie było, to Natka mogłaby o niej marzyć, a tak, jak jest, to nie ma o czym.
[...]
Kiedy Zuza wsiada do autobusu, termometr wskazuje 24 kreski. Mimo ciepła zakłada bluzę z długim rękawem. Nie chce, żeby gapie wskazywali ją palcem, mówiąc „Patrz, pocięta!”. Wszelkie wymyślone komentarze typu „to musiał być wypadek”, „upadła na szkło”, „ofiara pożaru” dzielnie znosiła rok temu. Teraz podobne teksty ją krępują.
Jak do jasnej anielki Barbie może być winna za cięcie się 14-latki? w obecnych czasach 14 latki chodzą juz na randki i zachodzą w ciąże, a nie bawią się lalkami. Te bardziej dziecinne bawią się w gry czy inne zabawy, ale barbie? może pocięła się z innego powodu, ale na pewno nie dlatego, że dostała lalkę, nawet jeśli byłaby to upragniona zabawka. Dzieci, które dostają długo wyczekiwane zabawki często tracą nimi zainteresowanie po paru chwilach zabawy- tak się często zdarza, ale nie zaczynają się ciąć z ich powodu. Gdyby Natka dostała lalkę barbie i zaczęła się odchudzać, rzygać po obiedzie i podkradać matce proszki odchudzające to wytłumaczenie, że lalka jako wzór idealnej figury jest przyczyną anoreksji miało by sens, natomiast cytowane wytłumaczenie psychologa jest nieracjonalne.
Druga sprawa-Zuza, która zakłada długi rękaw w upał żeby ludzie jej nie wytykali obala teorię o tym, że osoby tnące się chcą zwrócić na siebie uwagę, bo gdyby tak było to chodziliby z odsłoniętymi bliznami czekali aż ktoś się tym zainteresuje i pomoże. Prawda jest taka, że te osoby raczej nie chcą się tym chwalić, bo tak jak większość ludzi boją się odrzucenia społecznego i jeśli komuś o tym powiedzą to taka osoba powinna wg mnie wykazać zainteresowanie i pomoc adekwatną do wielkości zaufania jakim ją obdarzyła osoba z problemem samookaleczania.
lpeij sie okaleczac nisz palic papierosy,jesli ktos chce komus pomuc,to niech zacznie od tych potzrebujoncyh najbardziej,czyli odtyh kturzy palom papierosy
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum